Post jest pisany pod wpływem chwili. I pierwszy od 2 miesięcy. Planowałem z początku pisać chociaż raz na dwa tygodnie, potem wychodziło co tydzień, by w końcu dojść do porozumienia z samym sobą i pisać wtedy kiedy mi się spodoba. Więc jest to mieszanka lenistwa i chwilowej inspiracji.
Ta druga nastąpiła, bo lenistwa nigdy nie przełamię, zatem do rzeczy. Właśnie słucham, w tym momencie co piszę te słowa, koncertu zespołu Blindead. Tak na komputerze, prosto ze studia Radia Gdańsk, bo Internet wielce szanowny na to pozwala. I tak sobie siedzę, zachwycam się, roztapiam się z każdą nutą i wyjść z podziwu nie mogę. Kto zna ten zespół dłużej niż nawet dwie ostatnie płyty będzie wiedział o czym mówię. Z początku panowie grali sobie mieszankę sludge i post rocka/metalu. Generalnie dużo dołów, dużo przesteru, dużo krzyku, pozornie mało harmonii. I było cholernie ciężko, pesymistycznie, przygniatająco. Ale ciężar ten był dźwiękowy. Na ten przykład ich drugi album, od którego zacząłem - Autoscopia: Murder In Phases, sprawiał wrażenie, że będzie ten zespół po wieczność grać kawał solidnego metalu z dominacją krzyku. I tak sobie panowie potem nagrali kolejny album, Affliction XXIX II MXMVI, na którym już zaczęli odbiegać od tego schematu, pojawiały się dęte instrumenty (choć na poprzednim, warto wspomnieć, pojawił się... akordeon!), były chwile ciszy, oddechu, delikatne nawet. Ale nadal było głównie ciężko. I teraz ostatni album, Absence - tutaj dominują ciche, delikatne, ale nadal mroczne i gęste (aranżacyjnie) dźwięki, mistrzowskie użycie instrumentarium spoza tej typowej puli dla zespołu rockowego/metalowego. A teraz ten koncert, ten, który właśnie słucham. Sprawia, że ciarki mam na plecach. Zaczęli od drugiego utworu z Autoscopii, mojego ulubionego, gdzie krzyk wokalisty rozdzierał wszystko. A tu, wspaniały śpiew, funkcję gitar zajęły syntezatory, gitary jako dodatek malowały w tym wszystkim przestrzeń.
Słucham tak tego, gdy ten koncert powoli dobiega końca. I w głowie mam wiele myśli. Na przykład taka - czemu ten zespół nadal pozostaje tylko w tej niszy? Czemu tak rzadko uczestniczy w większych festiwalach? I co najważniejsze - czy ktoś jeszcze w Polsce mając pewne oddane grono fanów, wiedząc jakie może być ryzyko, przeprowadzając tak znaczącą woltę stylistyczną, miałby takie jaja by nie tylko konsekwentnie realizować swoje założenia i tworzyć nową jakość pozostając przy tym sobą? Bierzcie z nich przykład, nawet jeśli muzyka nie pasuje do końca.