Wracam po miesiącu. Matko, to był trochę dziwny czas...
Przed serią kolejnych, właściwych już wpisów należy się 'kilka' słów wyjaśnienia. Potraktować to można jako "1, 2, 3, próba klawiatury cz.2". Zrobiłem sobie taką przerwę z kilku powodów. Główny był dość osobisty i konsekwencją tego był kompletny brak weny. Marazm. Ale po 'chwili' pojawiła się refleksja. Bo widzicie, z końcem poprzedniego roku postanowiłem jedno: nic, kompletnie nic, sobie nie obiecywać. Nie robić złudnych nadziei, nie planować, nie wymagać od siebie więcej niż mogę z siebie dać.
Stwierdziłem, że w zeszłym roku głównie się zawodziłem na ludziach. Było parę przykrych dla mnie sytuacji, nieciekawych, często przez to chodziłem przybity. Ale najbardziej zawiodłem się na sobie. Bo nie spełniłem swoich oczekiwań, które postawiłem przed sobą rok wcześniej. Były małe wzloty, ale czułem je tylko chwilowo. Żadne pozytywne uczucie nie utrzymało się na dłużej.
Dlatego "nic nie planuję", jak rzekł kiedyś wielki filozof i uczony Turek. Niech życie jako ten melanż mnie poniesie. CHRYSTE, co ja w ogóle wygaduję?! Dość tych smętów. *dźwięk zacinanej płyty*
Czas brać się do roboty. O egzaminach na studiach nie mówię, bo kto by się tym przejmował? Ten wpis to kolejna rozgrzewka przed kolejnymi przemyśleniami dotyczącymi głównie muzyki. Bo jeśli coś w życiu mogę zaplanować, to na pewno kilka koncertów, wysłuchanie całej masy płyt i wyrobienia sobie zdania na ich temat: a fe! albo ALE JAZDA! Bo nigdy nie ma nic pośrodku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz