Bartek Karaś
1. Killswitch Engage – Disarm The Descent
Bardzo lubiłem Killswitcha za czasów pierwszego wokalisty i jego powrót sprawił, że plasują się u mnie na pierwszej pozycji tego roku. Powrót do korzeni sprawił, że jestem zachwycony ich twórczością.
2. Trivium – Vengeance Falls
Co tu wiele pisać, po „In Waves” liczyłem właśnie na taki album. Rozkłada na łopatki swoją oryginalnością.
3. Dream Theater – Dream Theater
Jak zwykle idealna technika wykonania utworów. Wiele motywów ciężkich jak i łagodnych melodyjek, które chcąc nie chcąc idealnie ze sobą współpracują.
4. Paradise Lost – Tragic Illusion 25
Dobry ciężki wokal i piękne riffy. Nie brakuje tu zła i mięsa!
5. Soulfly – Savages
Myślę że tego nie muszę komentować, na pewno powinniście tego posłuchać.
6. Sepultura - The Mediator Between Head And Hands Must Be The Heart
Dobry ciężki „czołg” z dobrym ciężkim „czarnym” wokalem!
7. HIM – Tears On Tape
Jeden z pierwszych zespołów któremu zawdzięczam to, gdzie jestem z muzyką teraz, więc nie mogło go tu zabraknąć. A album moim zdaniem lepszy od poprzedniego. Pewnie podoba mi się tak bardzo bo mam sentyment.
8. Motorhead – Aftershock
Trzech gości, a robią robotę jak mało kto! Brzydki Lemmy i jego „piękny” Rickenbacker. Pięknie się słucha.
9. Bring Me The Horizon – Sempiternal
Lubię czasem przysiąść i posłuchać „CRABKORÓW” przeplatających dobrą kastę i elektronikę.
10. Materia – Case Of Noise
I na koniec ziomeczki ze Szczecinka. Kawał dobrego albumu. Nie słucham na co dzień ale często wracam do ich twórczości.
Moje top 10
Najwięcej w tym roku słuchałem rzeczy spod znaku stoner/doom/sludge. Często dołączały do tego brzmienia retro, progresywne czy bluesowe, wszystko jednak podkute starym dobrym rockiem i metalem. To ostatnie podsumowanie roku 2013 roku, moje kanapowe przemyślenia na temat najlepszych, moim zdaniem, albumów z tych kategorii.
10. Samsara Blues Experiment - Waiting For The flood
Po prostu pokochałem tę muzykę. Jedno z najlepszych moich odkryć tego roku. Płyta trwająca ponad 40 minut zaserwowana w 4 kawałkach ze świetnymi melodiami. Słucha się tego i słucha i nawet człowiek nie zauważa, że już się kończy. Ci Niemcy już teraz w środowiskach zorientowanych na doom czy retro mają mocną pozycję, oby z następnymi dokonaniami szli jeszcze dalej.
9. Kylesa - Ultraviolet
Mocarna rzecz, a pomyśleć że za zdzieranie gardła odpowiada tam wytatuowana blond niewiasta, Laura Pleasants. Kylesa to zespół o ugruntowanej już pozycji na scenie sludge. Ta płyta jest nie tylko kolejnym potwierdzeniem formy i klasy, ale jest też nową jakością w ich dorobku. Dość znaczące wolty zobrazowane większą melodyjnością niż do tej pory pozytywnie zaskoczyły wszystich fanów.
8. Lord Dying - Summon The Faithless
Po prostu jestem zachwycony. Dopiero co wydali debiut i narobili niemałego zamieszania, skopali wszystkich swoimi masywnymi riffami, wlekącymi się tempami i gardłem zdartym bez litości. Portland mocnymi kapelami stoi.
7. Black Sabbath - 13
Wszyscy na to czekali. Powrót Black Sabbath w (prawie) należytym składzie. Choć brakuje Billa Warda na perkusji, mamy to co praojcowie doomu dawali nam w swej twórczości do roku 1979. Jest masywnie, jest majestatycznie, jest szatan. Choć już stare dziady, to ja to kupuję.
6. Kvelertak - Meir
Album, który jest dla mnie potwierdzeniem mojego podejścia do muzyki. Czyli najpierw warstwa muzyczna, potem liryczna. Na teksty nie zwracam uwagi bo po 1. gość krzyczy jak obdzierany ze skóry a po 2. teksty są po norwesku. Rozumiecie? Ja też nie. W każdym razie w tym szaleństwie jest metoda. Błyskotliwa mieszanka hard rocka, rock & rolla, punku i black metalu narobiła niemałe zamieszanie i zyskała olbrzymią sympatię w światku rock-metalowym. Wystarczy powiedzieć, że James Hetfield (tak, ten z Metalliki) był na ich koncercie w San Fransisco i pełen zachwytu Erlenda Hjelvika, wokalistę zespołu, określił mianem "dzikusa".
5. Vista Chino - Peace
Zespół ten jest przedłużeniem życia legendy z pustyni Kalifornii. Najpierw funkcjonował jako Kyuss Lives! a po mało przyjemnym procesie zmuszony został do zmiany nazwy. Tak czy inaczej obecnie jest to połowa oryginalnego składu Kyuss, John Garcia i Brant Bjork i gitarzysta Bruno Fevery. W nagraniu płyty uczestniczył też Nick Oliveri, również znany z Kyuss, jednak obecnie nie występuje w formacji. Co do muzyki - niemal dokładnie tak, jak można by oczekiwać, że tak by brzmiał dziś Kyuss, gdyby dalej istniał. Prawie, bo gitarzysta inny a w tym wypadku jest to dość znacząca kwestia. Nie wpływa ona jednak na wartość muzyki i jej odbiór. Zapaliwszy kilka jointów ci hippisi zaproponowali przejażdżę starym amerykańskim autem przez pustynię w piękny, słoneczny dzień. Ja pojechałem.
4. Riverside - Shrine Of New Generation Slaves
Jeśli ktoś był pewien, że po Anno Domini High Definition nie będą w stanie zrobić już czegoś przynajmniej równie interesującego tkwił w olbrzymim błędzie. Zacznijmy od tego, że już na ADHD byli zupełnie innym zespołem niż na poprzednich trzech, bardzo spójnych stylistycznie, albumach. Zaczął klarować się charakterystyczny, ich własny styl. I o ile na tamtej płycie, odchodząc od elementów muzyki metalowej, więcej było słychać elektroniki czy fortepianu, tak tutaj jest dużo hard rocka odzianego w progresywne szaty. Warstwa muzyczna jak zwykle dla smakoszy, jednak tym razem sporą rolę odgywają teksty. Choć skrótowiec od tytułu płyty układa się w słowo "Songs" to teksty są o rzeczach dość ważnych dzisiaj, o zagubieniu w społeczeństwie czy utracie prawdziwych wartości. Największy sukces komercyjny zespołu w Polsce i za granicą.
3. Red Fang - Whales And Leeches
Odkąd ci sympatyczni brodacze postanowili zejść z kanapy, wyłączyć telewizor i na chwilę odstawili piwo do lodówki... wróć! nie odstawili, dopili co mieli jesycze pod ręką - nagrywają po prostu kapitalne albumy. I zarabiają na jeszcze więcej piwa, jeszcze lepszy telewizor i lepszą kanapę. "Whales and leeches" to nadal luźny rock and roll podkuty stonerem wymieszany w sludge'owym garze spod znaku Mastodona. Miodzio! Tego się słucha i chce się więcej. Już singiel "Blood like cream" wypuszczony dużo wcześniej niż cały album sprawił, że pokochałem ten album bezwarunkowo. Nie pomyliłem się. Nie ma wielkich zmian w stylistyce, w tekstach nadal to samo, w teledyskach wciąż wylewa się piwo litrami. Mięsisty rock od jaskiniowców dla jaskiniowców. Nie mogę się doczekać marcowego koncertu w Warszawie. JADĘ TAM!
2. Blindead - Absence
Można powiedzieć, że album ten jest pewną konsekwencją poprzedniego dokonania panów z Trójmiasta. Jeśli ktoś słuchał "Afflicition XXIX MXMVI" i podobało mu się lawirowanie zespołu między ciężkimi gitarami i wydzieraniem się a spokojnymi melodiami i śpiewem to tu będzie raczej mile zaskoczony. Bo w stosunku do "Devouring weakness" czy "Autoscopia: Murder in phases" jest to po prostu skok w bok. Tu prawie nie ma krzyku, środek ciężkości z riffów przeniesiony został na klimat. A ten tutaj jest gęsty i mroczny. Jest to kolejny concept album i kolejny sukces artystyczny. Tekstowo jest o osobie, która dostaje listy od zmarłych, bliskich osób. Teksty są pełne refleksji i melancholii, podobnie jak muzyka. Sami muzycy swojej muzyki nie określają już mianem metalu. Jak najbardziej się zgadzam, ba, ta zmiana jest nawet godna pochwały. Do tej pory nie było tylu smaczków co na tej płycie (skrzypiące drzwi, dzwony, odgłosy wiatru). Utworów nie można słuchać osobno, nawet ich tytuły temu nie sprzyjają. Trzeba słuchać tego albumu od początku do końca, bo w gruncie rzeczy jest to jedna spójna całość.
1. Queens Of The Stone Age - ...Like Clockwork
Nie było innego wyjścia. Najdłużej katowany przeze mnie album w tym roku. Josh Homme i załoga jak zwykle chcą nas zabrać w swoją odjechaną, pełną dziwnych przygód i melancholii podróż. Jako że Josh był jednym z założycieli Kyuss i jest jednym z ojców pustynnego grania i tym razem zabiera autostopowicza na przejażdżkę po pustyni. Tym razem nocą. Dlatego więcej tu rozmyślań nad tym co było, co jest grzechu warte a o czym najlepiej zapomnieć. Podczas tej podróży przyśnić nam się mogą nocne koszmary, możemy zostać napadnięci przez wampiry ale też możemy się wybawić bez pamięci. Muzyka tutaj jest nietypowa. Ciężko już określić ją pod względem gatunkowym, łatwo jedynie usłyszeć tu mocne inspiracjami rockiem z lat '70. Po prostu, kiedy wszyscy starają się wbić w jakieś ramki, QOTSA jadą w swoją psychodeliczną podróż i nie zwracają uwagi na ograniczenia prędkości. Jadą aż zabraknie paliwa w baku, aż nastanie świt...
To koniec tej krótkiej serii. Wszystkim co wzięli udział w tym przedsięwzięciu bardzo dziękuję. Wszystkim tym, co przeczytali również. Oby 2014 rok w muzyce był przynajmniej równie dobry, co ten!
Muzyki słucham kompletnie w sposób kompletnie niechronologiczny i nieuporządkowany, więc nie wiem, czy potrafiłbym zmontować listę nawet pięciu płyt z 2013, których w tymże roku słuchałem, ale z dziką przyjemnością zaczerpnę z efektów wysiłku innych. Nie wiedziałem nawet, że Paradise Lost wydali coś nowego, choć słuchałem ich niegdyś obrzydliwie dużo. Będę wracał do tych list.
OdpowiedzUsuńTo może w następnym weźmiesz udział? Planuję je zrobić nieco inaczej niż to... ;)
OdpowiedzUsuńMogę spróbować, czemu nie. Spróbuję obserwować tegoroczne nowości ;]
Usuń