Natrafiłem ostatnio na interesującą akcję w Internecie. Nosi
ona nazwę 50zlotych.com i ma funkcję bloga. Autor, Jacek Świąder, zastanawia
się na nim głośno co zrobić z pięcioma dychami by zaspokoić w jakimś stopniu
swój muzyczny apetyt. Oczywiście przewija się tekst, że „kiedyś było taniej, a
teraz drożej” i z tego stanowiska zaczął wychodzić. Takie inicjatywy się
chwali. Ile wydać na muzę z Polski? Ile na zagraniczną? Czy w ogóle się to
opłaca? Co kupić, by miało jakąś wartość? Te i inne pytania można sobie
postawić przeczesując własne sumienie w poszukiwaniu odpowiedzi na nie. Na
tymże blogu przedstawiane są posty osób tzw. prominentnych, znanych, z
dziennikarstwem muzycznym czy kulturą w ogóle związanych. Jako, że ja do grona
takich osób nie należę, a swoje zdanie na ten temat oczywiście mam, pozwolę
sobie w dalszej części napisać na co to ja bym pieniążki takie wydał. Wcześniej
chciałbym tylko zwrócić uwagę na to, co mnie tam tknęło.
Czytając wypowiedzi niektórych osób znów zastanawiam się co
niektórzy robią w tej branży. Bo niedowierzam, że muzycy wręcz ostentacyjnie słuchaczy
(SWOICH ZWŁASZCZA) starają się namówić by nie kupować muzyki. Bardzo zgrabnie
punktuje na tym samym blogu ich pan Jarek Szubrycht, ceniony i znany w światku
dziennikarz muzyczny a także muzyk (kto kojarzy Lux Occulta ten mniej więcej
wie co mówię). Wychodzi na to, że są po prostu hipokrytami. „Ja nie kupuję
muzy, wolę poczekać i dostać ją za darmo” albo „za dużo jest gównianych
kawałków na całych albumach, by kupować je dla tej jednej piosenki” czy „nie zbieram CD,
bo zagracają mi chatę” – tak czytelny przekaz dostajemy. W międzyczasie wiemy,
jak Artyści (celowo przez wielkie A) narzekają, że płyty (ich) nie sprzedają
się, że ludzie muzę (ich) wolą z Internetu, za darmo pobrać, że na koncerty (znowu
ich) za marne 10 zł nikt nie przyjdzie albo sala do połowy najwyżej zapełniona.
Kto jest temu winny? Przecież nie oni, biedni ludzie sztuki, wiecznie
pokrzywdzeni przez system i branżę, która ma ich w poważaniu. Kapitalizm jest
temu winien! W polskim wydaniu, rzecz jasna.
Rok ponad już temu, gdy na Woodstock sobie pojechałem,
miałem tę przyjemność, że mogłem wejść na „tyły”, czyli zobaczyć jak to
wszystko funkcjonuje, wejść na scenę i spotkać się z Jurkiem Owsiakiem. Bardzo
gościa szanuję, ale w pamięć mi zapadła jedna jego wypowiedź. „Kapitalizm
zniszczył polski rynek muzyczny”, tak oświadczył zebranym tam ludziom. Ja jako
zatwardziały, zgniły i krwiożerczy kapitalista zacząłem się zastanawiać nad
sensem tych słów. Od tamtego czasu jak cień chodziły za mną myśli różne czy
kapitalizm rzeczywiście ma tu coś do rzeczy?
U nas zbyt wielkiej konkurencji nie ma, giganci z wydawnictw
mogą sobie pozwolić na podnoszenie cen płyt. Kiedyś płytę można było kupić za
powiedzmy 35 zł, teraz za 50, albo i 60 nawet. Zgadzam się z narzekaniem na
ceny płyt. Że jest teraz niewątpliwie trudno. Tylko ja się pytam, skoro jeden z
drugim mają niemalże monopol na wydawanie płyt w Polsce i ciągle te ceny
podnoszą, to czy ten kapitalizm w ogóle na naszym podwórku jakoś działa? Kapitalizm zakłada konkurencję,
czyli jak największą ilość podmiotów gospodarczych zachęcających do
skorzystania z ich usług. Gdyby była jakaś konkurencja, to czy ceny by szły
ciągle w górę czy w dół? Wyższa filozofia by się wydawało, ale ja to widzę tak –
„Ej! U nas jest taniej niż u tamtych, kupujcie u nas”. Oczywiście, ktoś zaraz
zarzuci, że to doprowadzi do skrajnie absurdalnej sytuacji, że w końcu będzie
się dobra oddawać za darmo, tylko ważne by był stosunek ceny do jakości. A te
pierwsze zdecydowanie są za wysokie. To mamy tu w Polsce ten kapitalizm w końcu czy nie? Warto się nad tym zastanowić.
A teraz co ja bym z tymi 50 złotymi zrobił? No to tak, z
wielką chęcią zaopatrzyłbym się w najnowszy album Blindead – Absence. Kosztuje
niecałe 32 zł. Zostaje mi zatem 18 zł. Mogę je wydać np. na Męską Muzykę
Waglewskiego, Fisza i Emade albo solowy album Grzegorza Skawińskiego, Me &
My Guitar. Wszystko nówki sztuki, foliowane. W podobnej cenie jest też starsze
dokonanie Blindead, Impulse, ale skoro już wcześniej co innego od nich wymieniłem, to to odpuszczam. Oczywiście opcji wyboru jest mnóstwo, wystarczy się dobrze
rozejrzeć.
Swoje 50 złotych wydam jednak na koncert. Szykuje się fajna
impreza, której głównym punktem będzie Red Fang, sympatyczna załoga chlejusów
grająca mięsistego rocka dla jaskiniowców. Towarzyszyć im będą rewelacyjni Lord
Dying oraz The Shrine. Zaznaczam, że są to wykonawcy zagraniczni, więc nie jest
wcale tak drogo. A rozrywka będzie na wysokim poziomie.
A Wy? Na co byście swoje 50
złotych wydali?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz