niedziela, 15 grudnia 2013

Moje 50 złotych

Natrafiłem ostatnio na interesującą akcję w Internecie. Nosi ona nazwę 50zlotych.com i ma funkcję bloga. Autor, Jacek Świąder, zastanawia się na nim głośno co zrobić z pięcioma dychami by zaspokoić w jakimś stopniu swój muzyczny apetyt. Oczywiście przewija się tekst, że „kiedyś było taniej, a teraz drożej” i z tego stanowiska zaczął wychodzić. Takie inicjatywy się chwali. Ile wydać na muzę z Polski? Ile na zagraniczną? Czy w ogóle się to opłaca? Co kupić, by miało jakąś wartość? Te i inne pytania można sobie postawić przeczesując własne sumienie w poszukiwaniu odpowiedzi na nie. Na tymże blogu przedstawiane są posty osób tzw. prominentnych, znanych, z dziennikarstwem muzycznym czy kulturą w ogóle związanych. Jako, że ja do grona takich osób nie należę, a swoje zdanie na ten temat oczywiście mam, pozwolę sobie w dalszej części napisać na co to ja bym pieniążki takie wydał. Wcześniej chciałbym tylko zwrócić uwagę na to, co mnie tam tknęło.

Czytając wypowiedzi niektórych osób znów zastanawiam się co niektórzy robią w tej branży. Bo niedowierzam, że muzycy wręcz ostentacyjnie słuchaczy (SWOICH ZWŁASZCZA) starają się namówić by nie kupować muzyki. Bardzo zgrabnie punktuje na tym samym blogu ich pan Jarek Szubrycht, ceniony i znany w światku dziennikarz muzyczny a także muzyk (kto kojarzy Lux Occulta ten mniej więcej wie co mówię). Wychodzi na to, że są po prostu hipokrytami. „Ja nie kupuję muzy, wolę poczekać i dostać ją za darmo” albo „za dużo jest gównianych kawałków na całych albumach, by kupować je dla tej jednej piosenki” czy „nie zbieram CD, bo zagracają mi chatę” – tak czytelny przekaz dostajemy. W międzyczasie wiemy, jak Artyści (celowo przez wielkie A) narzekają, że płyty (ich) nie sprzedają się, że ludzie muzę (ich) wolą z Internetu, za darmo pobrać, że na koncerty (znowu ich) za marne 10 zł nikt nie przyjdzie albo sala do połowy najwyżej zapełniona. Kto jest temu winny? Przecież nie oni, biedni ludzie sztuki, wiecznie pokrzywdzeni przez system i branżę, która ma ich w poważaniu. Kapitalizm jest temu winien! W polskim wydaniu, rzecz jasna.

Rok ponad już temu, gdy na Woodstock sobie pojechałem, miałem tę przyjemność, że mogłem wejść na „tyły”, czyli zobaczyć jak to wszystko funkcjonuje, wejść na scenę i spotkać się z Jurkiem Owsiakiem. Bardzo gościa szanuję, ale w pamięć mi zapadła jedna jego wypowiedź. „Kapitalizm zniszczył polski rynek muzyczny”, tak oświadczył zebranym tam ludziom. Ja jako zatwardziały, zgniły i krwiożerczy kapitalista zacząłem się zastanawiać nad sensem tych słów. Od tamtego czasu jak cień chodziły za mną myśli różne czy kapitalizm rzeczywiście ma tu coś do rzeczy?  

U nas zbyt wielkiej konkurencji nie ma, giganci z wydawnictw mogą sobie pozwolić na podnoszenie cen płyt. Kiedyś płytę można było kupić za powiedzmy 35 zł, teraz za 50, albo i 60 nawet. Zgadzam się z narzekaniem na ceny płyt. Że jest teraz niewątpliwie trudno. Tylko ja się pytam, skoro jeden z drugim mają niemalże monopol na wydawanie płyt w Polsce i ciągle te ceny podnoszą, to czy ten kapitalizm w ogóle na naszym podwórku jakoś działa? Kapitalizm zakłada konkurencję, czyli jak największą ilość podmiotów gospodarczych zachęcających do skorzystania z ich usług. Gdyby była jakaś konkurencja, to czy ceny by szły ciągle w górę czy w dół? Wyższa filozofia by się wydawało, ale ja to widzę tak – „Ej! U nas jest taniej niż u tamtych, kupujcie u nas”. Oczywiście, ktoś zaraz zarzuci, że to doprowadzi do skrajnie absurdalnej sytuacji, że w końcu będzie się dobra oddawać za darmo, tylko ważne by był stosunek ceny do jakości. A te pierwsze zdecydowanie są za wysokie. To mamy tu w Polsce ten kapitalizm w końcu czy nie? Warto się nad tym zastanowić.

A teraz co ja bym z tymi 50 złotymi zrobił? No to tak, z wielką chęcią zaopatrzyłbym się w najnowszy album Blindead – Absence. Kosztuje niecałe 32 zł. Zostaje mi zatem 18 zł. Mogę je wydać np. na Męską Muzykę Waglewskiego, Fisza i Emade albo solowy album Grzegorza Skawińskiego, Me & My Guitar. Wszystko nówki sztuki, foliowane. W podobnej cenie jest też starsze dokonanie Blindead, Impulse, ale skoro już wcześniej co innego od nich wymieniłem, to to odpuszczam. Oczywiście opcji wyboru jest mnóstwo, wystarczy się dobrze rozejrzeć.  

Swoje 50 złotych wydam jednak na koncert. Szykuje się fajna impreza, której głównym punktem będzie Red Fang, sympatyczna załoga chlejusów grająca mięsistego rocka dla jaskiniowców. Towarzyszyć im będą rewelacyjni Lord Dying oraz The Shrine. Zaznaczam, że są to wykonawcy zagraniczni, więc nie jest wcale tak drogo. A rozrywka będzie na wysokim poziomie.

A Wy? Na co byście swoje 50 złotych wydali?                                 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz