Tym razem o czym innym niż muzyka. Chyba nawet za bardzo politycznie...
Mam dość serdecznie tego obrzydliwego spektaklu w mediach o nazwie "Trynkiewicz". Wszędzie o tym pieprzą, od prawej do lewej. Tak jak w zeszłym roku dominantę w polskich mediach stanowiła mama Madzi, tak teraz mamy do czynienia z kolejną sensacją, którą karmi się tępe masy. Co znaleziono w celi tego zwyrodnialca? To pytanie jest teraz na absolutnym topie. Powstaje masa obrazków, memów czy nawet stron fanowskich związanych z Trynkiewiczem. Po co? Żeby stał się kolejnym "celebrytą" i tematem zastępczym gdy trzeba będzie mówić o rzeczach ważniejszych? Sam poświęcając mu uwagę w tym poście robię trochę wbrew sobie, w pewnym sensie uczestniczę w tym gównie. W każdym razie temat jest cholernie nośny i wzbudza wiele emocji, które łatwo zaczynają górować nad zdrowym rozsądkiem. Dobrze się sprzedaje a Wy dajecie się w to wszystko wciągnąć. Jesteście durniami.
Teraz przejdźmy do spraw wschodnich. Ukraina. Temat obecnie numer 1, śmiertelnie poważny. Oglądam wczoraj telewizję, TVP. Pokazują całe to piekło. Nagle na ekranie ginie człowiek. Szczęka mi opada. Tak się, cholera jasna, telewizji nie robi. Nieważne kim był ten człowiek, ale po prostu to jest wbrew wszelkim zasadom etyki. Oczywiście, śmierć się sprzedaje, oglądalność wzrasta, sensacja odciąga uwagę widza od spraw ważniejszych w związku z tym. Takich jak wielką tragedię tych ludzi, znajdujących się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Rosja, z drugiej Unia Europejska. A oni chcą mieć swoje państwo, suwerenne, niepodległe. Dziś silna, niezależna Ukraina to mocniejsza Polska. Im dalej od nas sięga strefa wpływów Rosji tym lepiej dla Polski. A potem czytam jakieś bzdury jednego z drugim, że co go obchodzi ta Ukraina, niech mają za te swoje 'protesty', mają to w dupie. Bo co? Bo ciężka historia, bo powstanie Chmielnickiego, bo rzeź na Wołyniu. Powiem tylko, że gdyby polska szlachta w latach Rzeczypospolitej tej od morza do morza nadała Ukraińcom herby dziś nie byłoby tego, nikt nie podważałby polskości Lwowa. Ale Wy uważajcie dalej swoje. Jesteście durniami.
A nasz rząd kochany co z tym wszystkim robi? Naradza się, spotyka, negocjuje, wysyła listy, na przemian z pogróżkami i poparciem ludzi na Majdanie. W międzyczasie obiecuje jakieś podręczniki za darmo, które obiecywał już lat kilka temu. Ale żeby się wziąć wreszcie do roboty to nie ma tam komu. Jak nadal ktoś wierzy w ten rząd, to mam dla tych osób złą wiadomość... Jesteście durniami.
piątek, 21 lutego 2014
sobota, 15 lutego 2014
To samo, to samo, to samo...
W chwili gdy to zaczynam pisać jest późna noc. Grzeczne dzieci już śpią. A ja nie mogę. Boli mnie ząb i będę musiał pójść do dentysty. A cholernie się tych ludzi boję, od małego. Tak samo jak igieł i wysokości. Serio, to są moje największe w życiu lęki. No to co mogę robić? Kurde, znów katuję tę samą muzę...
Nie wiem czy też tak macie, że wałkujecie przez rok (albo i dłużej) ten sam album i ciągle przeszywa Was ta sama ekscytacja, te same ciarki przechodzą gdy oczekujecie znajomego dźwięku, akordu, frazy. Albo tego jednego fragmentu tekstu idealnie obrazującego stan,w którym się właśnie znajdujecie. Jak wielka siła drzemie w tych wszystkich drobnostkach, które wyrażają to, co inni ujęli by w tysiącach słów. Ci artyści to potrafią... A czasem nagrają o tym samym temacie cały album. Taka miłość na przykład, skoro już były wczoraj te walentynki, to niech będzie to. Wszyscy lubimy słuchać tzw. love songów, o wielkości uczucia jaką osoba darzy drugą. Czasem ta miłość jest obliczona na komercyjny sukces i listy przebojów. Choć nie mogę zaprzeczyć, część z nich na pewno została napisana zupełnie szczerze. A niektórzy jakby posłuchali takiego Nine Inch Nails "The Downward Spiral" to dopiero by zobaczyli jaka ta miłość potrafi być. I do czego potrafi człowieka doprowadzić. Album, który znam od deski do deski a i tak znajdę w nim coś nowego, muzycznie zwłaszcza. Zawsze gdzieś przede mną schowa się ten jeden dźwięk albo pętla, która dopadnie mnie przy n-tym odsłuchu i zaskoczy. I ciarki.
Albo po raz kolejny odpalam sobie Blindead z przegenialnym albumem "Affliction XXIX II MXMVI". I odpływam. Temat niezwykle ciężki. Choroby psychiczne były częstym tematem w sztuce, chętnie były też eksplorowane przez artystów, nie tylko muzyków. Tutaj pojawia się autyzm. Pewnie nie oni pierwsi i nie ostatni, ale nikt do tej pory nie przełożył tego tematu, ciężaru tego zagadnienia na momentami klaustrofobiczne, czasem bardzo przestrzenne dźwięki. I zawsze, za każdym razem dopadnie mnie jakaś niespodzianka. "Ej, tego dźwięku tu nie było" myślę sobie. "Znowu to słyszę" mówię w myślach sam do siebie. I myśląc, że znów wracam do tego albumu jak do starego przyjaciela, którego doskonale znam, on mnie znów potrafi czymś zaskoczyć.
Nie wiem, czy słucham tę muzykę tak nieuważnie. A może skupiam się zawsze na niektórych riffach, które mnie porywają i myśląc o nich na resztę nie zwracam uwagi. Albo czasem tyle tego jest, takie bogactwo w aranżacjach, że gubię się w tym wszystkim. Znam takich, którzy potrafią słuchać w kółko jednej piosenki, do znudzenia, nie tykając reszty albumu. Niektórzy są tacy, że po iluś przesłuchaniach mają dość piosenki czy albumu. A ja, jak głupek, w kółko potrafię słuchać tego samego. Bo się odczepić nie umie. Jasne, słucham też nowości, całkiem sporo nawet, choć nie tyle ile bym chciał. Ale i podróż w stare, dobrze znane rejony potrafi być równie ekscytująca. Trzeba tylko dobrze obserwować i nasłuchiwać.
Nie wiem czy też tak macie, że wałkujecie przez rok (albo i dłużej) ten sam album i ciągle przeszywa Was ta sama ekscytacja, te same ciarki przechodzą gdy oczekujecie znajomego dźwięku, akordu, frazy. Albo tego jednego fragmentu tekstu idealnie obrazującego stan,w którym się właśnie znajdujecie. Jak wielka siła drzemie w tych wszystkich drobnostkach, które wyrażają to, co inni ujęli by w tysiącach słów. Ci artyści to potrafią... A czasem nagrają o tym samym temacie cały album. Taka miłość na przykład, skoro już były wczoraj te walentynki, to niech będzie to. Wszyscy lubimy słuchać tzw. love songów, o wielkości uczucia jaką osoba darzy drugą. Czasem ta miłość jest obliczona na komercyjny sukces i listy przebojów. Choć nie mogę zaprzeczyć, część z nich na pewno została napisana zupełnie szczerze. A niektórzy jakby posłuchali takiego Nine Inch Nails "The Downward Spiral" to dopiero by zobaczyli jaka ta miłość potrafi być. I do czego potrafi człowieka doprowadzić. Album, który znam od deski do deski a i tak znajdę w nim coś nowego, muzycznie zwłaszcza. Zawsze gdzieś przede mną schowa się ten jeden dźwięk albo pętla, która dopadnie mnie przy n-tym odsłuchu i zaskoczy. I ciarki.
Albo po raz kolejny odpalam sobie Blindead z przegenialnym albumem "Affliction XXIX II MXMVI". I odpływam. Temat niezwykle ciężki. Choroby psychiczne były częstym tematem w sztuce, chętnie były też eksplorowane przez artystów, nie tylko muzyków. Tutaj pojawia się autyzm. Pewnie nie oni pierwsi i nie ostatni, ale nikt do tej pory nie przełożył tego tematu, ciężaru tego zagadnienia na momentami klaustrofobiczne, czasem bardzo przestrzenne dźwięki. I zawsze, za każdym razem dopadnie mnie jakaś niespodzianka. "Ej, tego dźwięku tu nie było" myślę sobie. "Znowu to słyszę" mówię w myślach sam do siebie. I myśląc, że znów wracam do tego albumu jak do starego przyjaciela, którego doskonale znam, on mnie znów potrafi czymś zaskoczyć.
Nie wiem, czy słucham tę muzykę tak nieuważnie. A może skupiam się zawsze na niektórych riffach, które mnie porywają i myśląc o nich na resztę nie zwracam uwagi. Albo czasem tyle tego jest, takie bogactwo w aranżacjach, że gubię się w tym wszystkim. Znam takich, którzy potrafią słuchać w kółko jednej piosenki, do znudzenia, nie tykając reszty albumu. Niektórzy są tacy, że po iluś przesłuchaniach mają dość piosenki czy albumu. A ja, jak głupek, w kółko potrafię słuchać tego samego. Bo się odczepić nie umie. Jasne, słucham też nowości, całkiem sporo nawet, choć nie tyle ile bym chciał. Ale i podróż w stare, dobrze znane rejony potrafi być równie ekscytująca. Trzeba tylko dobrze obserwować i nasłuchiwać.
środa, 5 lutego 2014
Fejsbukowi didżeje
Jest to pierwszy z zapewne wielu postów z cyklu "Rozmowy z Turkiem".
Z tym emigrantem chyba codziennie właściwie rozmawiam. Przeważnie są to maksymalne głupoty nie mające dla kogoś obcego, kogoś kto nas nie zna i nie rozumie naszego specyficznego poczucia humoru, najmniejszego sensu. Od czasu do czasu jednak uda nam się wspólnymi siłami wpaść na jakiś interesujący temat. Mało tego, potrafimy czasem dojść do zaskakujących nas samych wniosków. A zaraz potem "widziałeś to?", leci z link z czymś durnym i obaj zaczynamy wracać do 'normalności'.
Jednym z takich tematów jest, jak nie tylko my to określamy, tak zwany fejsbukowy DJing. Pokrótce - wrzucasz na tablicę czy tam oś czasu, jak zwał tak zwał, jakiś kawałek, czasem z komentarzem. I czekasz na lajki i komentarze. Oczywiście im coś popularniejszego tym więcej takowych. Przeglądając więc swoją tablicę widzę to i tamto - hit wczorajszej imprezy i tona kliknięć, że się lubi, komentarze o treści "ale było grubo" albo "UWIELBIAM <3"; znany, zaorany do granic kawałek ktoś wrzuci - co, ja nie dam lajka? Przecież znam i lubię; najnowszy hit z rozgłośni radiowych czy znany w telewizji w związku z wyczesanym teledyskiem - znów łapki w górę i komentarze "na następnej imprezie leci!" czy "o, mój dzwonek". Najlepiej jak w wyżej wymienionym teledysku znajdziemy roznegliżowane lafiryndy, ujęcia w klubie i jakiś niesamowicie prosty i, przeważnie, głupi tekst.
A jest też taka część tych didżejów, która wrzuca linki z muzyką dość wyszukaną. Niekoniecznie musi to być zaraz wysokich lotów, aczkolwiek z reguły dość niszowe. Z wcześniej wspomnianym Turkiem oczywiście bawimy się w takie rzeczy. Obaj lubimy określone gatunki i szukamy sobie czasem nowości z tym związanych. I raz taką sobie rozmowę urządziliśmy:
- Ej no wrzucam te kawałki i nikt mi lajka nie dał.
- No ja dostałem aż jednego!
- O, a ten jakieś gówno wrzucił i wszyscy mu lajkują.
W skrócie tak to wyglądało właśnie. I jaki tu sens wrzucać takie rzeczy? Nikomu nie chce się nawet zerknąć. Nieważne czy napisze się coś, co mogłoby zachęcić do sprawdzenia. Nieważne, że powiesz "JARAM SIĘ, SPRAWDŹCIE". Nieważne, że jest to coś innego, jakiś powiew świeżości. I tak ludzie odklepią to samo po raz setny bo, cytując inżyniera Mamonia ze sławnego Rejsu - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. [...] No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę".
A my i tak będziemy wrzucać te nowsze rzeczy, mniej popularne i (nie)zgarniać te lajki. A na złość Wam i dla przyjemności naszej, amen.
Z tym emigrantem chyba codziennie właściwie rozmawiam. Przeważnie są to maksymalne głupoty nie mające dla kogoś obcego, kogoś kto nas nie zna i nie rozumie naszego specyficznego poczucia humoru, najmniejszego sensu. Od czasu do czasu jednak uda nam się wspólnymi siłami wpaść na jakiś interesujący temat. Mało tego, potrafimy czasem dojść do zaskakujących nas samych wniosków. A zaraz potem "widziałeś to?", leci z link z czymś durnym i obaj zaczynamy wracać do 'normalności'.
Jednym z takich tematów jest, jak nie tylko my to określamy, tak zwany fejsbukowy DJing. Pokrótce - wrzucasz na tablicę czy tam oś czasu, jak zwał tak zwał, jakiś kawałek, czasem z komentarzem. I czekasz na lajki i komentarze. Oczywiście im coś popularniejszego tym więcej takowych. Przeglądając więc swoją tablicę widzę to i tamto - hit wczorajszej imprezy i tona kliknięć, że się lubi, komentarze o treści "ale było grubo" albo "UWIELBIAM <3"; znany, zaorany do granic kawałek ktoś wrzuci - co, ja nie dam lajka? Przecież znam i lubię; najnowszy hit z rozgłośni radiowych czy znany w telewizji w związku z wyczesanym teledyskiem - znów łapki w górę i komentarze "na następnej imprezie leci!" czy "o, mój dzwonek". Najlepiej jak w wyżej wymienionym teledysku znajdziemy roznegliżowane lafiryndy, ujęcia w klubie i jakiś niesamowicie prosty i, przeważnie, głupi tekst.
A jest też taka część tych didżejów, która wrzuca linki z muzyką dość wyszukaną. Niekoniecznie musi to być zaraz wysokich lotów, aczkolwiek z reguły dość niszowe. Z wcześniej wspomnianym Turkiem oczywiście bawimy się w takie rzeczy. Obaj lubimy określone gatunki i szukamy sobie czasem nowości z tym związanych. I raz taką sobie rozmowę urządziliśmy:
- Ej no wrzucam te kawałki i nikt mi lajka nie dał.
- No ja dostałem aż jednego!
- O, a ten jakieś gówno wrzucił i wszyscy mu lajkują.
W skrócie tak to wyglądało właśnie. I jaki tu sens wrzucać takie rzeczy? Nikomu nie chce się nawet zerknąć. Nieważne czy napisze się coś, co mogłoby zachęcić do sprawdzenia. Nieważne, że powiesz "JARAM SIĘ, SPRAWDŹCIE". Nieważne, że jest to coś innego, jakiś powiew świeżości. I tak ludzie odklepią to samo po raz setny bo, cytując inżyniera Mamonia ze sławnego Rejsu - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. [...] No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę".
A my i tak będziemy wrzucać te nowsze rzeczy, mniej popularne i (nie)zgarniać te lajki. A na złość Wam i dla przyjemności naszej, amen.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)