niedziela, 29 czerwca 2014

Darwinizm muzyczny

Post jest pisany pod wpływem chwili. I pierwszy od 2 miesięcy. Planowałem z początku pisać chociaż raz na dwa tygodnie, potem wychodziło co tydzień, by w końcu dojść do porozumienia z samym sobą i pisać wtedy kiedy mi się spodoba. Więc jest to mieszanka lenistwa i chwilowej inspiracji.

Ta druga nastąpiła, bo lenistwa nigdy nie przełamię, zatem do rzeczy. Właśnie słucham, w tym momencie co piszę te słowa, koncertu zespołu Blindead. Tak na komputerze, prosto ze studia Radia Gdańsk, bo Internet wielce szanowny na to pozwala. I tak sobie siedzę, zachwycam się, roztapiam się z każdą nutą i wyjść z podziwu nie mogę. Kto zna ten zespół dłużej niż nawet dwie ostatnie płyty będzie wiedział o czym mówię. Z początku panowie grali sobie mieszankę sludge i post rocka/metalu. Generalnie dużo dołów, dużo przesteru, dużo krzyku, pozornie mało harmonii. I było cholernie ciężko, pesymistycznie, przygniatająco. Ale ciężar ten był dźwiękowy. Na ten przykład ich drugi album, od którego zacząłem - Autoscopia: Murder In Phases, sprawiał wrażenie, że będzie ten zespół po wieczność grać kawał solidnego metalu z dominacją krzyku. I tak sobie panowie potem nagrali kolejny album, Affliction XXIX II MXMVI, na którym już zaczęli odbiegać od tego schematu, pojawiały się dęte instrumenty (choć na poprzednim, warto wspomnieć, pojawił się... akordeon!), były chwile ciszy, oddechu, delikatne nawet. Ale nadal było głównie ciężko. I teraz ostatni album, Absence - tutaj dominują ciche, delikatne, ale nadal mroczne i gęste (aranżacyjnie) dźwięki, mistrzowskie użycie instrumentarium spoza tej typowej puli dla zespołu rockowego/metalowego. A teraz ten koncert, ten, który właśnie słucham. Sprawia, że ciarki mam na plecach. Zaczęli od drugiego utworu z Autoscopii, mojego ulubionego, gdzie krzyk wokalisty rozdzierał wszystko. A tu, wspaniały śpiew, funkcję gitar zajęły syntezatory, gitary jako dodatek malowały w tym wszystkim przestrzeń.

Słucham tak tego, gdy ten koncert powoli dobiega końca. I w głowie mam wiele myśli. Na przykład taka - czemu ten zespół nadal pozostaje tylko w tej niszy? Czemu tak rzadko uczestniczy w większych festiwalach? I co najważniejsze - czy ktoś jeszcze w Polsce mając pewne oddane grono fanów, wiedząc jakie może być ryzyko, przeprowadzając tak znaczącą woltę stylistyczną, miałby takie jaja by nie tylko konsekwentnie realizować swoje założenia i tworzyć nową jakość pozostając przy tym sobą? Bierzcie z nich przykład, nawet jeśli muzyka nie pasuje do końca.

niedziela, 27 kwietnia 2014

O wydarzeniu zwanym "Przegląd kapel rockowych" słów kilka.

Dawno nie pisałem swoich przemyśleń. Może to i dobrze, ostatnio nie miałem zbyt wiele ciekawego do powiedzenia. Nie było takiej iskry. Na zarzut, że wyglądam na człowieka, który ma coś ciekawego do powiedzenia na każdy temat ostatnio odpowiedziałem "lubię kanapki z dżemem i masłem orzechowym". Jak widać, poziom moich przemyśleń ostatnimi czasy był niezwykle wysoki.

Brakowało mi chyba jakiegoś takiego motoru napędowego. I się przytrafił niedawno, bo w piątek. Co takiego się wydarzyło? A przegląd kapel rockowych się odbył, na który się przeszedłem (nie sam, bo z całą Moltenową załogą). Zagraliśmy, kibicowaliśmy innym i dostaliśmy nagrodę. Grając, uczestnicząc rozglądałem się, analizowałem pewne rzeczy czy przysłuchiwałem się. I w związku z tym dopadło mnie kilka luźnych przemyśleń na temat promocji i przeprowadzenia tegoż konkursu. 

CO BYŁO DOBRZE:
- Dobre było to, że W OGÓLE taki przegląd jest
- II edycja, więc daje nadzieję na to, że będzie to impreza cykliczna
- Towarzystwo, luźne rozmowy, dużo śmiechu
- Młodzież, której chce się grać
- Ilość kapel, choć nie powalająca, to jak na możliwości samego Szczecinka bardzo przyzwoita (sześć kapel z Grodu nad Trzesieckiem, jedna z Połczyna Zdroju - nie dojechali - i jedna z Bobolic).
- Dobry poziom zespołów. Bałem się tego, słowo daję. Nie, że my będziemy najsłabsi bo wyjdzie armia szkolonych muzyków-mutantów, którzy mają po 10 rąk i grają 28 godzin na dobę. Bałem się, że będzie słabiej. A tu trafiło się kilka miłych zaskoczeń (choć nie wszyscy mnie tak zaskoczyli) i mogę oceniać muzyków z lokalnej sceny pozytywnie.

To wszystko pozwala przypuszczać, że scena lokalna ma się dobrze, chłopcy i dziewczęta lubią sobie pograć razem i jak widać daje im to radochę. Jest widoczny zapał do robienia muzy, są chęci i oby nie zostało to zabite przez ludzi złej woli...

A CO BYŁO ŹLE? Tu sobie pozwolę na więcej słów:
- Promocja. Od samego początku źle przeprowadzona. Co po tym, że wydarzenie na facebooku? Gdyby nie to, że kolega mnie zaprosił na to wydarzenie to bym nie wiedział wcale, że taki konkurs jest. Z resztą, dobrze, że kolega z kapeli potem mi o tym przypomniał, bo kompletnie o tym zapomniałem. ŻADNEJ informacji w lokalnej telewizji, migawki. Jeno na stronie wielce szanownej instytucji organizującej owe wydarzenie krótka informacja, mało szczegółowa. 
- Nagłośnienie. Dramatu nie było, jednak dobrze też nie. Było znośnie, choć sprzęgający bas to alarmująca sprawa... Trzeba to powiedzieć, sorry.
- Sala. Moim zdaniem bez sensu, że przegląd odbył się w kinie. Wiedząc, ile kosztuje godzina wynajęcia tejże sali, zużycie prądu itd. sugerowałbym przeniesienie imprezy do Piano Baru, którym to lokalem zarządza również wielce szanowna instytucja organizująca to i owo. Tę samą ilość ludzi, która zjawiła się na przeglądzie (słaba frekwencja wynika ze słabej promocji) spokojnie można by pomieścić w tymże barze. A i warunki sprzyjające muzyce rockowej, bo i piwo, bo stoliki, bo większe skupienie na grających z racji mniejszego nagłośnienia. 
- Ilość zagranych utworów przez każdy zespół. Graliśmy po dwa, powinniśmy po trzy. Takie jest moje zdanie na ten temat, mając doświadczenie w jakichś tam różnych przeglądach uważam, że trzy utwory są idealne by mieć pojęcie co przekrojowo dany zespół gra. dwa to za mało, więcej może nużyć.

WNIOSKI są takie, że można udzielić wywiadu tu i tam, dotrzeć do większego grona odbiorców i zachęcić do przyjazdu kapele spoza naszego miasta. Przy okazji pokusić się o bardziej atrakcyjną nagrodę główną (choć mi jako laureatowi nagrody nie wypada narzekać), jeśli zainteresowanie będzie większe - rozbić imprezę na dwa dni albo przeprowadzić wstępne eliminacje w oparciu o materiały demo. Zwiększając konkurencję rywalizacja staje się zdrowsza, każdy będzie wkładał więcej wysiłku w swoją pracę, poziom wykonawców (i samego konkursu!) wzrasta i nabiera taki przegląd znaczenia większego, rzekłbym prestiżu. 

Ale ja tam sobie gadać mogę. Nie chcę być pesymistą, ale chyba równie dobrze mógłbym cały ten wywód sobie podarować. Bo jak się coś centralnie planuje, to potem ciężko uderzyć się w pierś i przyznać do popełnionej gafy... 

piątek, 21 lutego 2014

Jesteście durniami.

Tym razem o czym innym niż muzyka. Chyba nawet za bardzo politycznie...

Mam dość serdecznie tego obrzydliwego spektaklu w mediach o nazwie "Trynkiewicz". Wszędzie o tym pieprzą, od prawej do lewej. Tak jak w zeszłym roku dominantę w polskich mediach stanowiła mama Madzi, tak teraz mamy do czynienia z kolejną sensacją, którą karmi się tępe masy. Co znaleziono w celi tego zwyrodnialca? To pytanie jest teraz na absolutnym topie. Powstaje masa obrazków, memów czy nawet stron fanowskich związanych z Trynkiewiczem. Po co? Żeby stał się kolejnym "celebrytą" i tematem zastępczym gdy trzeba będzie mówić o rzeczach ważniejszych? Sam poświęcając mu uwagę w tym poście robię trochę wbrew sobie, w pewnym sensie uczestniczę w tym gównie. W każdym razie temat jest cholernie nośny i wzbudza wiele emocji, które łatwo zaczynają górować nad zdrowym rozsądkiem. Dobrze się sprzedaje a Wy dajecie się w to wszystko wciągnąć. Jesteście durniami.

Teraz przejdźmy do spraw wschodnich. Ukraina. Temat obecnie numer 1, śmiertelnie poważny. Oglądam wczoraj telewizję, TVP. Pokazują całe to piekło. Nagle na ekranie ginie człowiek. Szczęka mi opada. Tak się, cholera jasna, telewizji nie robi. Nieważne kim był ten człowiek, ale po prostu to jest wbrew wszelkim zasadom etyki. Oczywiście, śmierć się sprzedaje, oglądalność wzrasta, sensacja odciąga uwagę widza od spraw ważniejszych w związku z tym. Takich jak wielką tragedię tych ludzi, znajdujących się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Rosja, z drugiej Unia Europejska. A oni chcą mieć swoje państwo, suwerenne, niepodległe. Dziś silna, niezależna Ukraina to mocniejsza Polska. Im dalej od nas sięga strefa wpływów Rosji tym lepiej dla Polski. A potem czytam jakieś bzdury jednego z drugim, że co go obchodzi ta Ukraina, niech mają za te swoje 'protesty', mają to w dupie. Bo co? Bo ciężka historia, bo powstanie Chmielnickiego, bo rzeź na Wołyniu. Powiem tylko, że gdyby polska szlachta w latach Rzeczypospolitej tej od morza do morza nadała Ukraińcom herby dziś nie byłoby tego, nikt nie podważałby polskości Lwowa. Ale Wy uważajcie dalej swoje. Jesteście durniami.

A nasz rząd kochany co z tym wszystkim robi? Naradza się, spotyka, negocjuje, wysyła listy, na przemian z pogróżkami i poparciem ludzi na Majdanie. W międzyczasie obiecuje jakieś podręczniki za darmo, które obiecywał już lat kilka temu. Ale żeby się wziąć wreszcie do roboty to nie ma tam komu. Jak nadal ktoś wierzy w ten rząd, to mam dla tych osób złą wiadomość... Jesteście durniami.

sobota, 15 lutego 2014

To samo, to samo, to samo...

W chwili gdy to zaczynam pisać jest późna noc. Grzeczne dzieci już śpią. A ja nie mogę. Boli mnie ząb i będę musiał pójść do dentysty. A cholernie się tych ludzi boję, od małego. Tak samo jak igieł i wysokości. Serio, to są moje największe w życiu lęki. No to co mogę robić? Kurde, znów katuję tę samą muzę...

Nie wiem czy też tak macie, że wałkujecie przez rok (albo i dłużej) ten sam album i ciągle przeszywa Was ta sama ekscytacja, te same ciarki przechodzą gdy oczekujecie znajomego dźwięku, akordu, frazy. Albo tego jednego fragmentu tekstu idealnie obrazującego stan,w którym się właśnie znajdujecie. Jak wielka siła drzemie w tych wszystkich drobnostkach, które wyrażają to, co inni ujęli by w tysiącach słów. Ci artyści to potrafią... A czasem nagrają o tym samym temacie cały album. Taka miłość na przykład, skoro już były wczoraj te walentynki, to niech będzie to. Wszyscy lubimy słuchać tzw. love songów, o wielkości uczucia jaką osoba darzy drugą. Czasem ta miłość jest obliczona na komercyjny sukces i listy przebojów. Choć nie mogę zaprzeczyć, część z nich na pewno została napisana zupełnie szczerze. A niektórzy jakby posłuchali takiego Nine Inch Nails "The Downward Spiral" to dopiero by zobaczyli jaka ta miłość potrafi być. I do czego potrafi człowieka doprowadzić. Album, który znam od deski do deski a i tak znajdę w nim coś nowego, muzycznie zwłaszcza. Zawsze gdzieś przede mną schowa się ten jeden dźwięk albo pętla, która dopadnie mnie przy n-tym odsłuchu i zaskoczy. I ciarki.

Albo po raz kolejny odpalam sobie Blindead z przegenialnym albumem "Affliction XXIX II MXMVI". I odpływam. Temat niezwykle ciężki. Choroby psychiczne były częstym tematem w sztuce, chętnie były też eksplorowane przez artystów, nie tylko muzyków. Tutaj pojawia się autyzm. Pewnie nie oni pierwsi i nie ostatni, ale nikt do tej pory nie przełożył tego tematu, ciężaru tego zagadnienia na momentami klaustrofobiczne, czasem bardzo przestrzenne dźwięki. I zawsze, za każdym razem dopadnie mnie jakaś niespodzianka. "Ej, tego dźwięku tu nie było" myślę sobie. "Znowu to słyszę" mówię w myślach sam do siebie. I myśląc, że znów wracam do tego albumu jak do starego przyjaciela, którego doskonale znam, on mnie znów potrafi czymś zaskoczyć.

Nie wiem, czy słucham tę muzykę tak nieuważnie. A może skupiam się zawsze na niektórych riffach, które mnie porywają i myśląc o nich na resztę nie zwracam uwagi. Albo czasem tyle tego jest, takie bogactwo w aranżacjach, że gubię się w tym wszystkim. Znam takich, którzy potrafią słuchać w kółko jednej piosenki, do znudzenia, nie tykając reszty albumu. Niektórzy są tacy, że po iluś przesłuchaniach mają dość piosenki czy albumu. A ja, jak głupek, w kółko potrafię słuchać tego samego. Bo się odczepić nie umie. Jasne, słucham też nowości, całkiem sporo nawet, choć nie tyle ile bym chciał. Ale i podróż w stare, dobrze znane rejony potrafi być równie ekscytująca. Trzeba tylko dobrze obserwować i nasłuchiwać.

środa, 5 lutego 2014

Fejsbukowi didżeje

Jest to pierwszy z zapewne wielu postów z cyklu "Rozmowy z Turkiem".

Z tym emigrantem chyba codziennie właściwie rozmawiam. Przeważnie są to maksymalne głupoty nie mające dla kogoś obcego, kogoś kto nas nie zna i nie rozumie naszego specyficznego poczucia humoru, najmniejszego sensu. Od czasu do czasu jednak uda nam się wspólnymi siłami wpaść na jakiś interesujący temat. Mało tego, potrafimy czasem dojść do zaskakujących nas samych wniosków. A zaraz potem "widziałeś to?", leci z link z czymś durnym i obaj zaczynamy wracać do 'normalności'.

Jednym z takich tematów jest, jak nie tylko my to określamy, tak zwany fejsbukowy DJing. Pokrótce - wrzucasz na tablicę czy tam oś czasu, jak zwał tak zwał, jakiś kawałek, czasem z komentarzem. I czekasz na lajki i komentarze. Oczywiście im coś popularniejszego tym więcej takowych. Przeglądając więc swoją tablicę widzę to i tamto - hit wczorajszej imprezy i tona kliknięć, że się lubi, komentarze o treści "ale było grubo" albo "UWIELBIAM <3"; znany, zaorany do granic kawałek ktoś wrzuci - co, ja nie dam lajka? Przecież znam i lubię; najnowszy hit z rozgłośni radiowych czy znany w telewizji w związku z wyczesanym teledyskiem - znów łapki w górę i komentarze "na następnej imprezie leci!" czy "o, mój dzwonek". Najlepiej jak w wyżej wymienionym teledysku znajdziemy roznegliżowane lafiryndy, ujęcia w klubie i jakiś niesamowicie prosty i, przeważnie, głupi tekst.

A jest też taka część tych didżejów, która wrzuca linki z muzyką dość wyszukaną. Niekoniecznie musi to być zaraz wysokich lotów, aczkolwiek z reguły dość niszowe. Z wcześniej wspomnianym Turkiem oczywiście bawimy się w takie rzeczy. Obaj lubimy określone gatunki i szukamy sobie czasem nowości z tym związanych. I raz taką sobie rozmowę urządziliśmy:
- Ej no wrzucam te kawałki i nikt mi lajka nie dał.
- No ja dostałem aż jednego!
- O, a ten jakieś gówno wrzucił i wszyscy mu lajkują.
W skrócie tak to wyglądało właśnie. I jaki tu sens wrzucać takie rzeczy? Nikomu nie chce się nawet zerknąć. Nieważne czy napisze się coś, co mogłoby zachęcić do sprawdzenia. Nieważne, że powiesz "JARAM SIĘ, SPRAWDŹCIE". Nieważne, że jest to coś innego, jakiś powiew świeżości. I tak ludzie odklepią to samo po raz setny bo, cytując inżyniera Mamonia ze sławnego Rejsu - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. [...] No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę".

A my i tak będziemy wrzucać te nowsze rzeczy, mniej popularne i (nie)zgarniać te lajki. A na złość Wam i dla przyjemności naszej, amen.

czwartek, 30 stycznia 2014

Koniec tego lenistwa!

Wracam po miesiącu. Matko, to był trochę dziwny czas...

Przed serią kolejnych, właściwych już wpisów należy się 'kilka' słów wyjaśnienia. Potraktować to można jako "1, 2, 3, próba klawiatury cz.2". Zrobiłem sobie taką przerwę z kilku powodów. Główny był dość osobisty i konsekwencją tego był kompletny brak weny. Marazm. Ale po 'chwili' pojawiła się refleksja. Bo widzicie, z końcem poprzedniego roku postanowiłem jedno: nic, kompletnie nic, sobie nie obiecywać. Nie robić złudnych nadziei, nie planować, nie wymagać od siebie więcej niż mogę z siebie dać.

Stwierdziłem, że w zeszłym roku głównie się zawodziłem na ludziach. Było parę przykrych dla mnie sytuacji, nieciekawych, często przez to chodziłem przybity. Ale najbardziej zawiodłem się na sobie. Bo nie spełniłem swoich oczekiwań, które postawiłem przed sobą rok wcześniej. Były małe wzloty, ale czułem je tylko chwilowo. Żadne pozytywne uczucie nie utrzymało się na dłużej.

Dlatego "nic nie planuję", jak rzekł kiedyś wielki filozof i uczony Turek. Niech życie jako ten melanż mnie poniesie. CHRYSTE, co ja w ogóle wygaduję?! Dość tych smętów. *dźwięk zacinanej płyty*

Czas brać się do roboty. O egzaminach na studiach nie mówię, bo kto by się tym przejmował? Ten wpis to kolejna rozgrzewka przed kolejnymi przemyśleniami dotyczącymi głównie muzyki. Bo jeśli coś w życiu mogę zaplanować, to na pewno kilka koncertów, wysłuchanie całej masy płyt i wyrobienia sobie zdania na ich temat: a fe! albo ALE JAZDA! Bo nigdy nie ma nic pośrodku.

wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013 cz. 3

Dziś ostatnia część podsumowań. Zostały dwa ostatnie, Bartka Karasia i moje. Miało być tego więcej, miałem nadzieję że trochę będzie więcej, ale... "Znowu w życiu mi nie wyszło" mogę jedynie zanucić. Nie będę się nad tematem rozwodzić, bo szkoda na to czasu i miejsca w tym poście, przejdźmy zatem do rzeczy.

Bartek Karaś

1. Killswitch Engage – Disarm The Descent

Bardzo lubiłem Killswitcha za czasów pierwszego wokalisty i jego powrót sprawił, że plasują się u mnie na pierwszej pozycji tego roku. Powrót do korzeni sprawił, że jestem zachwycony ich twórczością.

2. Trivium – Vengeance Falls

Co tu wiele pisać, po „In Waves” liczyłem właśnie na taki album. Rozkłada na łopatki swoją oryginalnością.

3. Dream Theater – Dream Theater

Jak zwykle idealna technika wykonania utworów. Wiele motywów ciężkich jak i łagodnych melodyjek, które chcąc nie chcąc idealnie ze sobą współpracują.

4. Paradise Lost – Tragic Illusion 25

Dobry ciężki wokal i piękne riffy. Nie brakuje tu zła i mięsa!

5. Soulfly – Savages

Myślę że tego nie muszę komentować, na pewno powinniście tego posłuchać.

6. Sepultura - The Mediator Between Head And Hands Must Be The Heart

Dobry ciężki „czołg” z dobrym ciężkim „czarnym” wokalem!

7. HIM – Tears On Tape

Jeden z pierwszych zespołów któremu zawdzięczam to, gdzie jestem z muzyką teraz, więc nie mogło go tu zabraknąć. A album moim zdaniem lepszy od poprzedniego. Pewnie podoba mi się tak bardzo bo mam sentyment.

8. Motorhead – Aftershock

Trzech gości, a robią robotę jak mało kto! Brzydki Lemmy i jego „piękny” Rickenbacker. Pięknie się słucha.

9. Bring Me The Horizon – Sempiternal

Lubię czasem przysiąść i posłuchać „CRABKORÓW” przeplatających dobrą kastę i elektronikę.

10. Materia – Case Of Noise

I na koniec ziomeczki ze Szczecinka. Kawał dobrego albumu. Nie słucham na co dzień ale często wracam do ich twórczości.

Moje top 10

Najwięcej w tym roku słuchałem rzeczy spod znaku stoner/doom/sludge. Często dołączały do tego brzmienia retro, progresywne czy bluesowe, wszystko jednak podkute starym dobrym rockiem i metalem. To ostatnie podsumowanie roku 2013 roku, moje kanapowe przemyślenia na temat najlepszych, moim zdaniem, albumów z tych kategorii. 

10. Samsara Blues Experiment - Waiting For The flood

Po prostu pokochałem tę muzykę. Jedno z najlepszych moich odkryć tego roku. Płyta trwająca ponad 40 minut zaserwowana w 4 kawałkach ze świetnymi melodiami. Słucha się tego i słucha i nawet człowiek nie zauważa, że już się kończy. Ci Niemcy już teraz w środowiskach zorientowanych na doom czy retro mają mocną pozycję, oby z następnymi dokonaniami szli jeszcze dalej.

9. Kylesa - Ultraviolet

Mocarna rzecz, a pomyśleć że za zdzieranie gardła odpowiada tam wytatuowana blond niewiasta, Laura Pleasants. Kylesa to zespół o ugruntowanej już pozycji na scenie sludge. Ta płyta jest nie tylko kolejnym potwierdzeniem formy i klasy, ale jest też nową jakością w ich dorobku. Dość znaczące wolty zobrazowane większą melodyjnością niż do tej pory pozytywnie zaskoczyły wszystich fanów.

8. Lord Dying - Summon The Faithless

Po prostu jestem zachwycony. Dopiero co wydali debiut i narobili niemałego zamieszania, skopali wszystkich swoimi masywnymi riffami, wlekącymi się tempami i gardłem zdartym bez litości. Portland mocnymi kapelami stoi.

7. Black Sabbath - 13

Wszyscy na to czekali. Powrót Black Sabbath w (prawie) należytym składzie. Choć brakuje Billa Warda na perkusji, mamy to co praojcowie doomu dawali nam w swej twórczości do roku 1979. Jest masywnie, jest majestatycznie, jest szatan. Choć już stare dziady, to ja to kupuję.

6. Kvelertak - Meir

Album, który jest dla mnie potwierdzeniem mojego podejścia do muzyki. Czyli najpierw warstwa muzyczna, potem liryczna. Na teksty nie zwracam uwagi bo po 1. gość krzyczy jak obdzierany ze skóry a po 2. teksty są po norwesku. Rozumiecie? Ja też nie. W każdym razie w tym szaleństwie jest metoda. Błyskotliwa mieszanka hard rocka, rock & rolla, punku i black metalu narobiła niemałe zamieszanie i zyskała olbrzymią sympatię w światku rock-metalowym. Wystarczy powiedzieć, że James Hetfield (tak, ten z Metalliki) był na ich koncercie w San Fransisco i pełen zachwytu Erlenda Hjelvika, wokalistę zespołu, określił mianem "dzikusa". 

5. Vista Chino - Peace

Zespół ten jest przedłużeniem życia legendy z pustyni Kalifornii. Najpierw funkcjonował jako Kyuss Lives! a po mało przyjemnym procesie zmuszony został do zmiany nazwy. Tak czy inaczej obecnie jest to połowa oryginalnego składu Kyuss, John Garcia i Brant Bjork i gitarzysta Bruno Fevery. W nagraniu płyty uczestniczył też Nick Oliveri, również znany z Kyuss, jednak obecnie nie występuje w formacji. Co do muzyki - niemal dokładnie tak, jak można by oczekiwać, że tak by brzmiał dziś Kyuss, gdyby dalej istniał. Prawie, bo gitarzysta inny a w tym wypadku jest to dość znacząca kwestia. Nie wpływa ona jednak na wartość muzyki i jej odbiór. Zapaliwszy kilka jointów ci hippisi zaproponowali przejażdżę starym amerykańskim autem przez pustynię w piękny, słoneczny dzień. Ja pojechałem.

4. Riverside - Shrine Of New Generation Slaves

Jeśli ktoś był pewien, że po Anno Domini High Definition nie będą w stanie zrobić już czegoś przynajmniej równie interesującego tkwił w olbrzymim błędzie. Zacznijmy od tego, że już na ADHD byli zupełnie innym zespołem niż na poprzednich trzech, bardzo spójnych stylistycznie, albumach. Zaczął klarować się charakterystyczny, ich własny styl. I o ile na tamtej płycie, odchodząc od elementów muzyki metalowej, więcej było słychać elektroniki czy fortepianu, tak tutaj jest dużo hard rocka odzianego w progresywne szaty. Warstwa muzyczna jak zwykle dla smakoszy, jednak tym razem sporą rolę odgywają teksty. Choć skrótowiec od tytułu płyty układa się w słowo "Songs" to teksty są o rzeczach dość ważnych dzisiaj, o zagubieniu w społeczeństwie czy utracie prawdziwych wartości. Największy sukces komercyjny zespołu w Polsce i za granicą. 

3. Red Fang - Whales And Leeches

Odkąd ci sympatyczni brodacze postanowili zejść z kanapy, wyłączyć telewizor i na chwilę odstawili piwo do lodówki... wróć! nie odstawili, dopili co mieli jesycze pod ręką - nagrywają po prostu kapitalne albumy. I zarabiają na jeszcze więcej piwa, jeszcze lepszy telewizor i lepszą kanapę. "Whales and leeches" to nadal luźny rock and roll podkuty stonerem wymieszany w sludge'owym garze spod znaku Mastodona. Miodzio! Tego się słucha i chce się więcej. Już singiel "Blood like cream" wypuszczony dużo wcześniej niż cały album sprawił, że pokochałem ten album bezwarunkowo. Nie pomyliłem się. Nie ma wielkich zmian w stylistyce, w tekstach nadal to samo, w teledyskach wciąż wylewa się piwo litrami. Mięsisty rock od jaskiniowców dla jaskiniowców. Nie mogę się doczekać marcowego koncertu w Warszawie. JADĘ TAM!

2. Blindead - Absence

Można powiedzieć, że album ten jest pewną konsekwencją poprzedniego dokonania panów z Trójmiasta. Jeśli ktoś słuchał "Afflicition XXIX MXMVI" i podobało mu się lawirowanie zespołu między ciężkimi gitarami i wydzieraniem się a spokojnymi melodiami i śpiewem to tu będzie raczej mile zaskoczony. Bo w stosunku do "Devouring weakness" czy "Autoscopia: Murder in phases" jest to po prostu skok w bok. Tu prawie nie ma krzyku, środek ciężkości z riffów przeniesiony został na klimat. A ten tutaj jest gęsty i mroczny. Jest to kolejny concept album i kolejny sukces artystyczny. Tekstowo jest o osobie, która dostaje listy od zmarłych, bliskich osób. Teksty są pełne refleksji i melancholii, podobnie jak muzyka. Sami muzycy swojej muzyki nie określają już mianem metalu. Jak najbardziej się zgadzam, ba, ta zmiana jest nawet godna pochwały. Do tej pory nie było tylu smaczków co na tej płycie (skrzypiące drzwi, dzwony, odgłosy wiatru). Utworów nie można słuchać osobno, nawet ich tytuły temu nie sprzyjają. Trzeba słuchać tego albumu od początku do końca, bo w gruncie rzeczy jest to jedna spójna całość. 

1. Queens Of The Stone Age - ...Like Clockwork

Nie było innego wyjścia. Najdłużej katowany przeze mnie album w tym roku. Josh Homme i załoga jak zwykle chcą nas zabrać w swoją odjechaną, pełną dziwnych przygód i melancholii podróż. Jako że Josh był jednym z założycieli Kyuss i jest jednym z ojców pustynnego grania i tym razem zabiera autostopowicza na przejażdżkę po pustyni. Tym razem nocą. Dlatego więcej tu rozmyślań nad tym co było, co jest grzechu warte a o czym najlepiej zapomnieć. Podczas tej podróży przyśnić nam się mogą nocne koszmary, możemy zostać napadnięci przez wampiry ale też możemy się wybawić bez pamięci. Muzyka tutaj jest nietypowa. Ciężko już określić ją pod względem gatunkowym, łatwo jedynie usłyszeć tu mocne inspiracjami rockiem z lat '70. Po prostu, kiedy wszyscy starają się wbić w jakieś ramki, QOTSA jadą w swoją psychodeliczną podróż i nie zwracają uwagi na ograniczenia prędkości. Jadą aż zabraknie paliwa w baku, aż nastanie świt...

To koniec tej krótkiej serii. Wszystkim co wzięli udział w tym przedsięwzięciu bardzo dziękuję. Wszystkim tym, co przeczytali również. Oby 2014 rok w muzyce był przynajmniej równie dobry, co ten!