piątek, 21 lutego 2014

Jesteście durniami.

Tym razem o czym innym niż muzyka. Chyba nawet za bardzo politycznie...

Mam dość serdecznie tego obrzydliwego spektaklu w mediach o nazwie "Trynkiewicz". Wszędzie o tym pieprzą, od prawej do lewej. Tak jak w zeszłym roku dominantę w polskich mediach stanowiła mama Madzi, tak teraz mamy do czynienia z kolejną sensacją, którą karmi się tępe masy. Co znaleziono w celi tego zwyrodnialca? To pytanie jest teraz na absolutnym topie. Powstaje masa obrazków, memów czy nawet stron fanowskich związanych z Trynkiewiczem. Po co? Żeby stał się kolejnym "celebrytą" i tematem zastępczym gdy trzeba będzie mówić o rzeczach ważniejszych? Sam poświęcając mu uwagę w tym poście robię trochę wbrew sobie, w pewnym sensie uczestniczę w tym gównie. W każdym razie temat jest cholernie nośny i wzbudza wiele emocji, które łatwo zaczynają górować nad zdrowym rozsądkiem. Dobrze się sprzedaje a Wy dajecie się w to wszystko wciągnąć. Jesteście durniami.

Teraz przejdźmy do spraw wschodnich. Ukraina. Temat obecnie numer 1, śmiertelnie poważny. Oglądam wczoraj telewizję, TVP. Pokazują całe to piekło. Nagle na ekranie ginie człowiek. Szczęka mi opada. Tak się, cholera jasna, telewizji nie robi. Nieważne kim był ten człowiek, ale po prostu to jest wbrew wszelkim zasadom etyki. Oczywiście, śmierć się sprzedaje, oglądalność wzrasta, sensacja odciąga uwagę widza od spraw ważniejszych w związku z tym. Takich jak wielką tragedię tych ludzi, znajdujących się między młotem a kowadłem. Z jednej strony Rosja, z drugiej Unia Europejska. A oni chcą mieć swoje państwo, suwerenne, niepodległe. Dziś silna, niezależna Ukraina to mocniejsza Polska. Im dalej od nas sięga strefa wpływów Rosji tym lepiej dla Polski. A potem czytam jakieś bzdury jednego z drugim, że co go obchodzi ta Ukraina, niech mają za te swoje 'protesty', mają to w dupie. Bo co? Bo ciężka historia, bo powstanie Chmielnickiego, bo rzeź na Wołyniu. Powiem tylko, że gdyby polska szlachta w latach Rzeczypospolitej tej od morza do morza nadała Ukraińcom herby dziś nie byłoby tego, nikt nie podważałby polskości Lwowa. Ale Wy uważajcie dalej swoje. Jesteście durniami.

A nasz rząd kochany co z tym wszystkim robi? Naradza się, spotyka, negocjuje, wysyła listy, na przemian z pogróżkami i poparciem ludzi na Majdanie. W międzyczasie obiecuje jakieś podręczniki za darmo, które obiecywał już lat kilka temu. Ale żeby się wziąć wreszcie do roboty to nie ma tam komu. Jak nadal ktoś wierzy w ten rząd, to mam dla tych osób złą wiadomość... Jesteście durniami.

sobota, 15 lutego 2014

To samo, to samo, to samo...

W chwili gdy to zaczynam pisać jest późna noc. Grzeczne dzieci już śpią. A ja nie mogę. Boli mnie ząb i będę musiał pójść do dentysty. A cholernie się tych ludzi boję, od małego. Tak samo jak igieł i wysokości. Serio, to są moje największe w życiu lęki. No to co mogę robić? Kurde, znów katuję tę samą muzę...

Nie wiem czy też tak macie, że wałkujecie przez rok (albo i dłużej) ten sam album i ciągle przeszywa Was ta sama ekscytacja, te same ciarki przechodzą gdy oczekujecie znajomego dźwięku, akordu, frazy. Albo tego jednego fragmentu tekstu idealnie obrazującego stan,w którym się właśnie znajdujecie. Jak wielka siła drzemie w tych wszystkich drobnostkach, które wyrażają to, co inni ujęli by w tysiącach słów. Ci artyści to potrafią... A czasem nagrają o tym samym temacie cały album. Taka miłość na przykład, skoro już były wczoraj te walentynki, to niech będzie to. Wszyscy lubimy słuchać tzw. love songów, o wielkości uczucia jaką osoba darzy drugą. Czasem ta miłość jest obliczona na komercyjny sukces i listy przebojów. Choć nie mogę zaprzeczyć, część z nich na pewno została napisana zupełnie szczerze. A niektórzy jakby posłuchali takiego Nine Inch Nails "The Downward Spiral" to dopiero by zobaczyli jaka ta miłość potrafi być. I do czego potrafi człowieka doprowadzić. Album, który znam od deski do deski a i tak znajdę w nim coś nowego, muzycznie zwłaszcza. Zawsze gdzieś przede mną schowa się ten jeden dźwięk albo pętla, która dopadnie mnie przy n-tym odsłuchu i zaskoczy. I ciarki.

Albo po raz kolejny odpalam sobie Blindead z przegenialnym albumem "Affliction XXIX II MXMVI". I odpływam. Temat niezwykle ciężki. Choroby psychiczne były częstym tematem w sztuce, chętnie były też eksplorowane przez artystów, nie tylko muzyków. Tutaj pojawia się autyzm. Pewnie nie oni pierwsi i nie ostatni, ale nikt do tej pory nie przełożył tego tematu, ciężaru tego zagadnienia na momentami klaustrofobiczne, czasem bardzo przestrzenne dźwięki. I zawsze, za każdym razem dopadnie mnie jakaś niespodzianka. "Ej, tego dźwięku tu nie było" myślę sobie. "Znowu to słyszę" mówię w myślach sam do siebie. I myśląc, że znów wracam do tego albumu jak do starego przyjaciela, którego doskonale znam, on mnie znów potrafi czymś zaskoczyć.

Nie wiem, czy słucham tę muzykę tak nieuważnie. A może skupiam się zawsze na niektórych riffach, które mnie porywają i myśląc o nich na resztę nie zwracam uwagi. Albo czasem tyle tego jest, takie bogactwo w aranżacjach, że gubię się w tym wszystkim. Znam takich, którzy potrafią słuchać w kółko jednej piosenki, do znudzenia, nie tykając reszty albumu. Niektórzy są tacy, że po iluś przesłuchaniach mają dość piosenki czy albumu. A ja, jak głupek, w kółko potrafię słuchać tego samego. Bo się odczepić nie umie. Jasne, słucham też nowości, całkiem sporo nawet, choć nie tyle ile bym chciał. Ale i podróż w stare, dobrze znane rejony potrafi być równie ekscytująca. Trzeba tylko dobrze obserwować i nasłuchiwać.

środa, 5 lutego 2014

Fejsbukowi didżeje

Jest to pierwszy z zapewne wielu postów z cyklu "Rozmowy z Turkiem".

Z tym emigrantem chyba codziennie właściwie rozmawiam. Przeważnie są to maksymalne głupoty nie mające dla kogoś obcego, kogoś kto nas nie zna i nie rozumie naszego specyficznego poczucia humoru, najmniejszego sensu. Od czasu do czasu jednak uda nam się wspólnymi siłami wpaść na jakiś interesujący temat. Mało tego, potrafimy czasem dojść do zaskakujących nas samych wniosków. A zaraz potem "widziałeś to?", leci z link z czymś durnym i obaj zaczynamy wracać do 'normalności'.

Jednym z takich tematów jest, jak nie tylko my to określamy, tak zwany fejsbukowy DJing. Pokrótce - wrzucasz na tablicę czy tam oś czasu, jak zwał tak zwał, jakiś kawałek, czasem z komentarzem. I czekasz na lajki i komentarze. Oczywiście im coś popularniejszego tym więcej takowych. Przeglądając więc swoją tablicę widzę to i tamto - hit wczorajszej imprezy i tona kliknięć, że się lubi, komentarze o treści "ale było grubo" albo "UWIELBIAM <3"; znany, zaorany do granic kawałek ktoś wrzuci - co, ja nie dam lajka? Przecież znam i lubię; najnowszy hit z rozgłośni radiowych czy znany w telewizji w związku z wyczesanym teledyskiem - znów łapki w górę i komentarze "na następnej imprezie leci!" czy "o, mój dzwonek". Najlepiej jak w wyżej wymienionym teledysku znajdziemy roznegliżowane lafiryndy, ujęcia w klubie i jakiś niesamowicie prosty i, przeważnie, głupi tekst.

A jest też taka część tych didżejów, która wrzuca linki z muzyką dość wyszukaną. Niekoniecznie musi to być zaraz wysokich lotów, aczkolwiek z reguły dość niszowe. Z wcześniej wspomnianym Turkiem oczywiście bawimy się w takie rzeczy. Obaj lubimy określone gatunki i szukamy sobie czasem nowości z tym związanych. I raz taką sobie rozmowę urządziliśmy:
- Ej no wrzucam te kawałki i nikt mi lajka nie dał.
- No ja dostałem aż jednego!
- O, a ten jakieś gówno wrzucił i wszyscy mu lajkują.
W skrócie tak to wyglądało właśnie. I jaki tu sens wrzucać takie rzeczy? Nikomu nie chce się nawet zerknąć. Nieważne czy napisze się coś, co mogłoby zachęcić do sprawdzenia. Nieważne, że powiesz "JARAM SIĘ, SPRAWDŹCIE". Nieważne, że jest to coś innego, jakiś powiew świeżości. I tak ludzie odklepią to samo po raz setny bo, cytując inżyniera Mamonia ze sławnego Rejsu - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. [...] No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę".

A my i tak będziemy wrzucać te nowsze rzeczy, mniej popularne i (nie)zgarniać te lajki. A na złość Wam i dla przyjemności naszej, amen.

czwartek, 30 stycznia 2014

Koniec tego lenistwa!

Wracam po miesiącu. Matko, to był trochę dziwny czas...

Przed serią kolejnych, właściwych już wpisów należy się 'kilka' słów wyjaśnienia. Potraktować to można jako "1, 2, 3, próba klawiatury cz.2". Zrobiłem sobie taką przerwę z kilku powodów. Główny był dość osobisty i konsekwencją tego był kompletny brak weny. Marazm. Ale po 'chwili' pojawiła się refleksja. Bo widzicie, z końcem poprzedniego roku postanowiłem jedno: nic, kompletnie nic, sobie nie obiecywać. Nie robić złudnych nadziei, nie planować, nie wymagać od siebie więcej niż mogę z siebie dać.

Stwierdziłem, że w zeszłym roku głównie się zawodziłem na ludziach. Było parę przykrych dla mnie sytuacji, nieciekawych, często przez to chodziłem przybity. Ale najbardziej zawiodłem się na sobie. Bo nie spełniłem swoich oczekiwań, które postawiłem przed sobą rok wcześniej. Były małe wzloty, ale czułem je tylko chwilowo. Żadne pozytywne uczucie nie utrzymało się na dłużej.

Dlatego "nic nie planuję", jak rzekł kiedyś wielki filozof i uczony Turek. Niech życie jako ten melanż mnie poniesie. CHRYSTE, co ja w ogóle wygaduję?! Dość tych smętów. *dźwięk zacinanej płyty*

Czas brać się do roboty. O egzaminach na studiach nie mówię, bo kto by się tym przejmował? Ten wpis to kolejna rozgrzewka przed kolejnymi przemyśleniami dotyczącymi głównie muzyki. Bo jeśli coś w życiu mogę zaplanować, to na pewno kilka koncertów, wysłuchanie całej masy płyt i wyrobienia sobie zdania na ich temat: a fe! albo ALE JAZDA! Bo nigdy nie ma nic pośrodku.

wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013 cz. 3

Dziś ostatnia część podsumowań. Zostały dwa ostatnie, Bartka Karasia i moje. Miało być tego więcej, miałem nadzieję że trochę będzie więcej, ale... "Znowu w życiu mi nie wyszło" mogę jedynie zanucić. Nie będę się nad tematem rozwodzić, bo szkoda na to czasu i miejsca w tym poście, przejdźmy zatem do rzeczy.

Bartek Karaś

1. Killswitch Engage – Disarm The Descent

Bardzo lubiłem Killswitcha za czasów pierwszego wokalisty i jego powrót sprawił, że plasują się u mnie na pierwszej pozycji tego roku. Powrót do korzeni sprawił, że jestem zachwycony ich twórczością.

2. Trivium – Vengeance Falls

Co tu wiele pisać, po „In Waves” liczyłem właśnie na taki album. Rozkłada na łopatki swoją oryginalnością.

3. Dream Theater – Dream Theater

Jak zwykle idealna technika wykonania utworów. Wiele motywów ciężkich jak i łagodnych melodyjek, które chcąc nie chcąc idealnie ze sobą współpracują.

4. Paradise Lost – Tragic Illusion 25

Dobry ciężki wokal i piękne riffy. Nie brakuje tu zła i mięsa!

5. Soulfly – Savages

Myślę że tego nie muszę komentować, na pewno powinniście tego posłuchać.

6. Sepultura - The Mediator Between Head And Hands Must Be The Heart

Dobry ciężki „czołg” z dobrym ciężkim „czarnym” wokalem!

7. HIM – Tears On Tape

Jeden z pierwszych zespołów któremu zawdzięczam to, gdzie jestem z muzyką teraz, więc nie mogło go tu zabraknąć. A album moim zdaniem lepszy od poprzedniego. Pewnie podoba mi się tak bardzo bo mam sentyment.

8. Motorhead – Aftershock

Trzech gości, a robią robotę jak mało kto! Brzydki Lemmy i jego „piękny” Rickenbacker. Pięknie się słucha.

9. Bring Me The Horizon – Sempiternal

Lubię czasem przysiąść i posłuchać „CRABKORÓW” przeplatających dobrą kastę i elektronikę.

10. Materia – Case Of Noise

I na koniec ziomeczki ze Szczecinka. Kawał dobrego albumu. Nie słucham na co dzień ale często wracam do ich twórczości.

Moje top 10

Najwięcej w tym roku słuchałem rzeczy spod znaku stoner/doom/sludge. Często dołączały do tego brzmienia retro, progresywne czy bluesowe, wszystko jednak podkute starym dobrym rockiem i metalem. To ostatnie podsumowanie roku 2013 roku, moje kanapowe przemyślenia na temat najlepszych, moim zdaniem, albumów z tych kategorii. 

10. Samsara Blues Experiment - Waiting For The flood

Po prostu pokochałem tę muzykę. Jedno z najlepszych moich odkryć tego roku. Płyta trwająca ponad 40 minut zaserwowana w 4 kawałkach ze świetnymi melodiami. Słucha się tego i słucha i nawet człowiek nie zauważa, że już się kończy. Ci Niemcy już teraz w środowiskach zorientowanych na doom czy retro mają mocną pozycję, oby z następnymi dokonaniami szli jeszcze dalej.

9. Kylesa - Ultraviolet

Mocarna rzecz, a pomyśleć że za zdzieranie gardła odpowiada tam wytatuowana blond niewiasta, Laura Pleasants. Kylesa to zespół o ugruntowanej już pozycji na scenie sludge. Ta płyta jest nie tylko kolejnym potwierdzeniem formy i klasy, ale jest też nową jakością w ich dorobku. Dość znaczące wolty zobrazowane większą melodyjnością niż do tej pory pozytywnie zaskoczyły wszystich fanów.

8. Lord Dying - Summon The Faithless

Po prostu jestem zachwycony. Dopiero co wydali debiut i narobili niemałego zamieszania, skopali wszystkich swoimi masywnymi riffami, wlekącymi się tempami i gardłem zdartym bez litości. Portland mocnymi kapelami stoi.

7. Black Sabbath - 13

Wszyscy na to czekali. Powrót Black Sabbath w (prawie) należytym składzie. Choć brakuje Billa Warda na perkusji, mamy to co praojcowie doomu dawali nam w swej twórczości do roku 1979. Jest masywnie, jest majestatycznie, jest szatan. Choć już stare dziady, to ja to kupuję.

6. Kvelertak - Meir

Album, który jest dla mnie potwierdzeniem mojego podejścia do muzyki. Czyli najpierw warstwa muzyczna, potem liryczna. Na teksty nie zwracam uwagi bo po 1. gość krzyczy jak obdzierany ze skóry a po 2. teksty są po norwesku. Rozumiecie? Ja też nie. W każdym razie w tym szaleństwie jest metoda. Błyskotliwa mieszanka hard rocka, rock & rolla, punku i black metalu narobiła niemałe zamieszanie i zyskała olbrzymią sympatię w światku rock-metalowym. Wystarczy powiedzieć, że James Hetfield (tak, ten z Metalliki) był na ich koncercie w San Fransisco i pełen zachwytu Erlenda Hjelvika, wokalistę zespołu, określił mianem "dzikusa". 

5. Vista Chino - Peace

Zespół ten jest przedłużeniem życia legendy z pustyni Kalifornii. Najpierw funkcjonował jako Kyuss Lives! a po mało przyjemnym procesie zmuszony został do zmiany nazwy. Tak czy inaczej obecnie jest to połowa oryginalnego składu Kyuss, John Garcia i Brant Bjork i gitarzysta Bruno Fevery. W nagraniu płyty uczestniczył też Nick Oliveri, również znany z Kyuss, jednak obecnie nie występuje w formacji. Co do muzyki - niemal dokładnie tak, jak można by oczekiwać, że tak by brzmiał dziś Kyuss, gdyby dalej istniał. Prawie, bo gitarzysta inny a w tym wypadku jest to dość znacząca kwestia. Nie wpływa ona jednak na wartość muzyki i jej odbiór. Zapaliwszy kilka jointów ci hippisi zaproponowali przejażdżę starym amerykańskim autem przez pustynię w piękny, słoneczny dzień. Ja pojechałem.

4. Riverside - Shrine Of New Generation Slaves

Jeśli ktoś był pewien, że po Anno Domini High Definition nie będą w stanie zrobić już czegoś przynajmniej równie interesującego tkwił w olbrzymim błędzie. Zacznijmy od tego, że już na ADHD byli zupełnie innym zespołem niż na poprzednich trzech, bardzo spójnych stylistycznie, albumach. Zaczął klarować się charakterystyczny, ich własny styl. I o ile na tamtej płycie, odchodząc od elementów muzyki metalowej, więcej było słychać elektroniki czy fortepianu, tak tutaj jest dużo hard rocka odzianego w progresywne szaty. Warstwa muzyczna jak zwykle dla smakoszy, jednak tym razem sporą rolę odgywają teksty. Choć skrótowiec od tytułu płyty układa się w słowo "Songs" to teksty są o rzeczach dość ważnych dzisiaj, o zagubieniu w społeczeństwie czy utracie prawdziwych wartości. Największy sukces komercyjny zespołu w Polsce i za granicą. 

3. Red Fang - Whales And Leeches

Odkąd ci sympatyczni brodacze postanowili zejść z kanapy, wyłączyć telewizor i na chwilę odstawili piwo do lodówki... wróć! nie odstawili, dopili co mieli jesycze pod ręką - nagrywają po prostu kapitalne albumy. I zarabiają na jeszcze więcej piwa, jeszcze lepszy telewizor i lepszą kanapę. "Whales and leeches" to nadal luźny rock and roll podkuty stonerem wymieszany w sludge'owym garze spod znaku Mastodona. Miodzio! Tego się słucha i chce się więcej. Już singiel "Blood like cream" wypuszczony dużo wcześniej niż cały album sprawił, że pokochałem ten album bezwarunkowo. Nie pomyliłem się. Nie ma wielkich zmian w stylistyce, w tekstach nadal to samo, w teledyskach wciąż wylewa się piwo litrami. Mięsisty rock od jaskiniowców dla jaskiniowców. Nie mogę się doczekać marcowego koncertu w Warszawie. JADĘ TAM!

2. Blindead - Absence

Można powiedzieć, że album ten jest pewną konsekwencją poprzedniego dokonania panów z Trójmiasta. Jeśli ktoś słuchał "Afflicition XXIX MXMVI" i podobało mu się lawirowanie zespołu między ciężkimi gitarami i wydzieraniem się a spokojnymi melodiami i śpiewem to tu będzie raczej mile zaskoczony. Bo w stosunku do "Devouring weakness" czy "Autoscopia: Murder in phases" jest to po prostu skok w bok. Tu prawie nie ma krzyku, środek ciężkości z riffów przeniesiony został na klimat. A ten tutaj jest gęsty i mroczny. Jest to kolejny concept album i kolejny sukces artystyczny. Tekstowo jest o osobie, która dostaje listy od zmarłych, bliskich osób. Teksty są pełne refleksji i melancholii, podobnie jak muzyka. Sami muzycy swojej muzyki nie określają już mianem metalu. Jak najbardziej się zgadzam, ba, ta zmiana jest nawet godna pochwały. Do tej pory nie było tylu smaczków co na tej płycie (skrzypiące drzwi, dzwony, odgłosy wiatru). Utworów nie można słuchać osobno, nawet ich tytuły temu nie sprzyjają. Trzeba słuchać tego albumu od początku do końca, bo w gruncie rzeczy jest to jedna spójna całość. 

1. Queens Of The Stone Age - ...Like Clockwork

Nie było innego wyjścia. Najdłużej katowany przeze mnie album w tym roku. Josh Homme i załoga jak zwykle chcą nas zabrać w swoją odjechaną, pełną dziwnych przygód i melancholii podróż. Jako że Josh był jednym z założycieli Kyuss i jest jednym z ojców pustynnego grania i tym razem zabiera autostopowicza na przejażdżkę po pustyni. Tym razem nocą. Dlatego więcej tu rozmyślań nad tym co było, co jest grzechu warte a o czym najlepiej zapomnieć. Podczas tej podróży przyśnić nam się mogą nocne koszmary, możemy zostać napadnięci przez wampiry ale też możemy się wybawić bez pamięci. Muzyka tutaj jest nietypowa. Ciężko już określić ją pod względem gatunkowym, łatwo jedynie usłyszeć tu mocne inspiracjami rockiem z lat '70. Po prostu, kiedy wszyscy starają się wbić w jakieś ramki, QOTSA jadą w swoją psychodeliczną podróż i nie zwracają uwagi na ograniczenia prędkości. Jadą aż zabraknie paliwa w baku, aż nastanie świt...

To koniec tej krótkiej serii. Wszystkim co wzięli udział w tym przedsięwzięciu bardzo dziękuję. Wszystkim tym, co przeczytali również. Oby 2014 rok w muzyce był przynajmniej równie dobry, co ten!

niedziela, 29 grudnia 2013

Podsumowanie 2013 roku cz.2

Dziś druga część podsumowania mijającego roku. Tym razem dwie najlepsze 10, hardcore i amerykański rap. Oba zestawienia mają dwie cechy wspólne - są bez numeracji, postawiony jest między wykonawcami znak równości. I mamy tu do czynienia w obu przypadkach z undergroundem. 

Tomek Dzimira

Wolf Down – Stray From The Path

Świeżynka z Niemiec. Bardzo dobre, bujające riffy. Momentami można usłyszeć  Madball i Terror. Wkurwienie wręcz wylewa się z gardła wokalistki.

Harm’s Way – Blinded

Walec, zło, potwór na wokalu.

Integrity – Systems Overload(reedycja)
Integrity to ikona. W tym roku wyszła reedycja ich najlepszego albumu, wszystkie kawałki zostały zmixowane na nowo. Jest moc, jest brud.

Alpha & Omega – No Rest, No Peace

Pantera spotkała się z  hardcorem, polubili się w chuj. Genialny wokal - świetne zaśpiewy i melodie gitar, głowa sama chodzi.

Terror – Live By The Code

Na nowej płycie Terror gra jak… Terror. Można przymknąć oko na kilka wciosanych z drewna kloców, bo reszta kawałków broni się wyśmienicie.

Oathbreaker – Eros|Anteros

Z Belgii często pochodzą specyficzne i zarazem dobre zespoły, jednym z nich jest Oathbreaker, w którym gardło zdziera skromna wokalistka. Warto sprawdzić chociażby dla tytułowego wałka. Deathwish słabych rzeczy nie wypuszcza.

Desperate Times – New Course of Action

Zimny i brudny hardcore z Lublina w oldchoolowym klimacie i wokalem wyrwanym żywcem z Cro Mags, brudny i przesterowany bas dopełnia fajnego brzmienia.

The Lowest – Divided

Debiutanckim materiałem zawiesili sobie wysoko poprzeczkę. Nowa epka brzmi inaczej i nie dorównała debiutowi, ale bardzo się do niego zbliżyła.  Jest kilka fajnych zabiegów stylistycznych, plus za teksty.

Incitement – Demo

Ten zespół można w zasadzie opisać innym zespołem - Arkangel.  Bezpretensjonalne wkurwienie i zło w bardzo surowym tonie. Mamy w kraju świetne kapele.

Iron To Gold – In The Zone

Muzycznie to bardzo mocna epka, gitary brzmią i wręcz szarżują. Niestety wokal na nagrywkach jest asłuchalny, na żywo z kolei kosi absolutnie wszystko.

Wojtek "Turek" Turczyński

W amerykańskim podziemiu jaśniej niż rok temu.

W momencie kiedy Rysiek poprosił mnie o stworzenie tego zastawienia nawet nie przeszło mi przez myśl jakie to będzie trudne. Po rozczarowującym 2012 roku , rok 2013 pokazał ze podziemny rap stoi genialnymi artystami, a wybór 10 z nich  spośród całej masy kandydatów  okazał się być niemalże niemożliwy. Minuty mijały a ja nie mogłem ustalić kolejności albumów, wiec zadecydowałem ze będzie ona losowa, nie licząc bezapelacyjnego zwycięzcy.  Po wszelkich trudach i znojach przedstawiam wam najlepsze produkcje 2013 roku w Undergroundowym Hip-Hopie:

Tanya Morgan – Rubber Souls

Kto to jest? Piosenkarka?! Nazwa zespołu dwóch raperów poznanych na Okayplayer.com może wprowadzać w błąd, ale za to ich album stroni od błędów, zwłaszcza produkcyjnie. Nie ma się co dziwić skoro bity tworzył sam 6th Sense. Dźwięki od elektro-funku przez kaskadowe perkusje po kojące struny i fortepianowe klawisze. Tekstowo, zabawnie, czasami poważnie, czy melancholijnie. Nieważne w jakim stylu jest dana piosenka, odczuwa się pełen profesjonalizm.


Earl Sweatshirt – Doris

Nie wiem czy ten album można nazwać undergroundowym, ale na pewno nie jest to muzyka dla przeciętnego słuchacza.  Mroczne, brudne brzmienia, nasiąknięte negatywnymi emocjami. Lecz te surowe, podziemne bity są tylko dodatkiem do krążka. To co jest najważniejsza częścią tej płyty to teksty. Nienaganne umiejętności liryczne Earla, których pozazdrościć by mogli mu najlepsi raperzy, wprawiają w osłupienie. Dodajmy do tego leniwe flow najmłodszego członka Odd Future i masę znakomitych gości. Dla mnie jeden z najlepszych albumów, nie tylko 2013 roku od najbardziej utalentowanego gracza ostatnich lat.

Marco Polo - PA2: The Director's Cut (Soulspazm)

Drugi solowy album producenta rodem z Kanady.  Dopracowany, oryginalny,  trueschoolowy album gdzie goście są świetnie dobrani, nie tylko pod bity.  Nazwiska takie jak Talib Kweli , Masta Ace, Kardinal Offishall, Styles P,  Gangrene, MC Eiht, Large Professor, Inspectah Deck,  Slaine, czy Ill Bill musza robić wrażenie i robią.

Tech N9ne – Something Else

Tą płyta 41 letni raper potwierdził swoje nieporównywalne umiejętności. Zróżnicowana produkcja, która czerpie z szerokiej gamy stylów muzycznych całego hip-hopu, a nawet wychodzi poza jego ramy.  Tak wiec można usłyszeć  tu kawałki podciągnięte nu-metalowymi brzmieniami,  Bengery przez wielkie B, kilka spokojnych, nastrojowych utworów, kilka zastanawiających, czy minimalistycznych, a jest tez i patetycznie.  Za produkcje odpowiadał głownie Seven, z którym Tech pracuje od lat. Mnóstwo gości, m.in. Kendrick Lamar, Serj Tankian, B.O.B., Wiz Khalifa i T-Pain. Szczerość w tekstach, flow na przyspieszeniach, bragadaccio i elastyczność. Klasa.

¡MAYDAY! – Believers

Podopieczni wytworni Strange Music należącej do Tech N9ne postarali się w tym roku. Jest to zdecydowanie lepsza produkcja w porównaniu do ich poprzedniej płyty. Świetna współpraca raperów Wrekonize i Bernbiz, podparta gitarowymi riffami od Aarona Eckharta i Gianniego Perocapi pozostają w pamięci na długo. Pierwsza polowa albumu jest dynamiczniejsza a teksty są o tym jak żyć i się bawić, natomiast druga polowa jest zdecydowanie spokojniejsza, a teksty nabierają większego znaczenia. To udowadnia jak wszechstronnymi muzykami są gracze z Miami.

Jo Bellion – The Separation

Facet który jeszcze kilka miesięcy temu nagrywał ckliwe ‘pioseneczki’ na tandetnych podkładach o kobietach dla kobiet, typu ,,moje serce kocha twoje’’(jak mawia nasz dobry kolega), dzisiaj jest jednym z najlepszych piosenkarzy R&B/POP w podziemiu.  Niesamowita ewolucja stylistyczna, oczywiście na lepsze. Genialne manipulacje głosem, więcej niż dobre teksty, produkcje muzyczne które sa nie tylko chwytliwe ale i wielokrotnie zaskakujące. Płyta do ściągnięcia za darmo z oficjalnej strony artysty.

Prodigy (Mobb Deep) & Alchemist – Alber Einstein

Chemia pomiędzy producentem a raperem na tej płycie jest niekwestionowana. Prodigy zdecydowanie czuje się komfortowo  na bitach, które Alchemist dokładnie wiedział jak stworzyć pod gusta członka kultowej grupy Mobb Deep. Ten duet istnieje od lat 90 i mimo, ze obaj artyści ewoluowali to ich związek jest nadal więcej niż stabilny. Szorstkie, a czasami nawet monotonne flow Prodigiego może dawać się we znaki, ale tutaj pojawia się postać Alchemista, który znacznie poprawia jakość utworów swoimi produkcjami. Może ten album nie powala na kolana, ale na pewno jest wart przesłuchania i to nie jednokrotnie.

Czarface(7L & Esoteric z Demigodz i Army Of The Pharaohs + Inspectah Deck z Wu-Tang Clan) – Czarface

G E N I A L N A produkcja duetu z Bostonu i weterana grupy Wu-Tang Clan. Bity on 7L powoduja dreszcze na całej długości kręgosłupa. Esoteric który nawija na bitach 7L od 93 wcale nie wydaje się znudzony jego produkcjami, wręcz przeciwnie. Z każda linijka można odczuć zwiększający się głód muzyczny białego MC. Szczerze i bez ogródek trzeba uznać jego wyższość nad kolega z legendarnej grupy. Nie dla tego, ze Deck się nie postarał, wręcz przeciwnie, dawno nie słyszałem tak dobrych linijek od Niego. Esoteric po prostu go zjadł. Niektórzy mogą stwierdzić, że ten album to nisza, ze jest to relikt z lat 90. Nie! Ten album to orzeźwiające arcydzieło, które na szczęście zostało wydane w czasach SWAGu i Trapu..

Dust – Raps The Blues

Niepozorny biały koleś który ta płyta narobił porządnego szumu. Zabawne, zdystansowane, inteligentne teksty na bardzo dobrych bitach podciągniętych bluesowymi brzmieniami.  Album przemyślany w najdrobniejszym szczególe,  co można odczuć od pierwszych sekund.

The Procussions – The Procussions

Tak jak wspominałem na początku, ze jeden z albumów będzie zwycięzca tego roku właśnie teraz to robię. Jeden z najlepszych tekściarzy ostatnich lat przebił samego siebie , a produkcje od Stro Elliota wgniatają w siedzenie. Nie chce pisać za dużo o tym albumie, żeby nie zdradzić jego atutów, wołałbym żeby każdy fan dobrego hip-hopu, czy tez dobrej muzyki sam sprawdził tę płytę, bo warto.
Polecam gorąco. 

Mógłbym na tej liście umieścić dużo więcej tegorocznych produkcji, które zdecydowanie zasługują na wyróżnienie, ale miejsce jest tylko dla 10. Oby więcej takich bólów głowy w przyszłym roku.
                                                                                                                                             

sobota, 28 grudnia 2013

Podsumowanie 2013 roku cz. 1

Koniec roku zawsze jest czasem podsumowań, dlatego jeszcze przed rozpoczęciem nowego, 2014 roku postanowiłem się wziąć za trudne zadanie, a dokładniej zlecić je kilku dobrym, znajomym twarzom, które z muzyką mają trochę wspólnego w mniej lub bardziej pośredni sposób. Albo i bezpośredni. Każdy z nich wytypował swoje najlepsze jego zdaniem 10 płyt mijającego roku. Raz od miejsca 1 do 10, raz od 10 do 1, czasem nawet i bez numeracji. Jest subiektywnie i, co ważniejsze, od serca. Zatem dość już tego wstępu, zaczynamy zabawę. Dziś 3 różne zestawienia, następne ukazywać się będą tu w ciągu kilku następnych dni. Miłej lektury!

Mateusz "Milan" Miliński

10. Moby – Innocents

Bardzo czekałem na to wydawnictwo. Zafascynowany jestem tym panem od bardzo dawna. Płyta przyjemna, na leniwe popołudnia czy wieczorny relaks jak najbardziej polecam. Może nie jest to jego najlepszy album, ale jak zwykle posiada coś w sobie co przyciąga i nie pozwala się oderwać.

09. Waglewski Fisz Emade - Matka , Syn , Bóg

Zarówno Voo Voo jak i osobne projekty braci Waglewskich bardzo lubię słuchać , to jednak rodzinne trio jest najsilniej przeze mnie wielbione. Drugi album „rodzinny” tak samo dobry jak poprzedni , jednak utrzymany w bardziej stonowanym klimacie. Do posiadówki przy wódce idealna !

08. Tricky - False Idols

Tego pana bardzo szanuje i podziwiam ,jednak po tym albumie spodziewałem się więcej mocy. Jest ciekawa , miła dla ucha, a Tricky swoim głosem hipnotyzuje słuchacza , który dosłownie jak zamknie oczy zaczyna latać. Kiedy lubisz sobie przy kopcić to polecam. Wgrywa się i z głowy nie chce wyjść.

07. James Blunt - Moon Landing

Tej pozycji nie mogło u mnie zabraknąć. James trafia do mnie jak nikt inny. Kolejny jego album pokazuje jak bardzo chce oderwać się od „smutnej” przeszłości. Wchodzący czasem w soft rocka będąc jednocześnie esencją pozostałych albumów trzyma poziom do jakiego nas Blunt przyzwyczaił.

06. Stromae - Racine Carrée

Tego pana myślę ,że nie trzeba przedstawiać. Drugi studyjny album przynosi nam na prawdę mocne i piękne perełki. Od początku do końca płyta trzyma poziom. Utwory są przesiąknięte energią i wręcz nakazują nam tańczyć , a przy wolniejszych kawałkach potrafi chwycić jakiś strzępek duszy. Tego oczekiwałem i to dostałem.

05. Red Fang - Whales and Leeches

! RED FANG ! Mocniej , szybciej , energiczniej ! Czego więcej chcieć od hard rocka ?! Może więcej płyt Red Fangu … :D

04. Rasmentalism - Za młodzi na Heroda

Panowie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Bardzo. Ich płyta pokazuję, że polski hip hop idzie do przodu, a teksty mogą być przemyślane przy wyśmienitych bitach. Możecie się zgadzać lub nie, ale w końcu coś czego słucham od początku do końca w polskim hh.

03. Drake - Nothing Was The Same

Sam jestem zaskoczony... Nigdy nie przepadałem, za tego typu artystami, ale kiedy znajomi mi go polecili musiałem go przesłuchać i kurde blaszka jest świetny ! Genialne bity, teksty ,których zazdroszczę i nie do podrobienia. Musiała się tutaj znaleźć, bo tak mój gust muzyczny mało kto potrafi podbić, a pan Drake pokazał tyle klasy co SWAG'u .


02. Planet ANM / EljotSounds - Pas Oriona


Dla mnie najlepsze polskie wydawnictwo . Jestem strasznym fanem Planeta i to co zrobił razem z Eljotem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Płyta skatowana od początku do początku z milion razy albo i więcej . Radek i jego teksty ,łapiące i mobilizujące . Pokazujące jak jest i co trzeba zmienić przy bitach jednego z najlepszych producentów w Polsce. Nawet Ewa Wachowicz reklamowała by ich swoim nazwiskiem.

01. The Lone Bellow - The Lone Bellow

Tegoroczni debiutanci. Zaimponowali mi brakiem kompleksów w tym co zrobili. Bez przeszkód zmieszali rock i folk przez co wyszło energicznie i magicznie. Hipnotyzujący głos wokalisty i wokalistki sprawiają, że nie ma się ochoty przestać ich słuchać. Czasem riffy przypominają dobre stare Kings of Leon ale oni nigdy nie mieli kobiety w składzie. Jest moc , są cycki  jest pierwsze miejsce.

Michał Zelga

1. Queens of the Stone Age - … Like Clockwork

Album genialny od początku do końca, zakochałem się od pierwszego odsłuchu. Świetne aranżacje, bardzo dobre riffy i wokal Josha Homme dały razem to, na co czekałem od dawna.

2. Arctic Monkeys – AM

Hm.. fanem Arcticów zdarzało mi się być na początku liceum, potem mnie znudzili strasznie. Ale ten album kopie dupę, muszę to przyznać.

3. Red Fang – Whales and Leeches

Kolejna płyta, na którą niecierpliwie czekałem i ponownie się na niej nie zawiodłem. Solidne stonerowe granie.

4. Obscure Sphinx – Void Mother

Ciężki, mroczny post-metal z growlem i screamem Zosi Fraś. Nie dziwię się członkom Behemotha, że zaprosili ich na wspólną trasę.

5. Black Sabbath – 13

Protoplaści chyba wszystkich gatunków metalu powrócili w (niemal) oryginalnym składzie i nagrali świetny album

6. Alice in Chains – The Devil Put Dinosaurs Here

AiC zawsze lubiłem, ale nie mogłem się przekonać do Williama na wokalu. Ten album zmienił moje patrzenie na nowego wokalistę.

7. Airbourne – Black Dog Barking

Chłopaki z Australii wydali kolejna płytkę hard rockową z dobrą energią i dobrymi riffami. Mi się podoba.

8. Deep Purple – Now What?!

Kolejny legendarny zespół na tej liście, kolejny świetny album. Wszystko na tej płycie gra ze sobą znakomicie.

9. John Mayer – Paradise Valley

Bardzo dobra płyta Mayera. Zawsze go lubiłem, mimo że to trochę nie moje klimaty. To wydawnictwo mojego zdania co do niego nie zmienia.

10. Anthrax – Anthems

Album Anthraxu z coverami. Bardzo, bardzo dobre wydawnictwo. Osobiście porywa mnie zwłaszcza cover „TNT”

Kacper Szymański


1. Tribe Called Red "Nation II Nation"

Świeżo odkryte przeze mnie kanadyjskie trio, które miesza sporą dawkę elektroniki z przyśpiewkami indianów kanadyjskich. Można usłyszeć tam dużo dubstepu, d'n'b oraz jak to przez nich nazywane "powpow-stepu." W sumie dla mnie bynajmniej odkrycie roku i grzech, że ich wcześniej nie słyszałem. :) Ulubiony kawałek: "Bread & Cheese"

2. Rudimental "Home"

Myślę, iż nie muszę opisywać tę grupę brytyjskich DJów, ponieważ często można było usłyszeć w radiu, telewizji ich kawałek "Watining All Night", który według mnie zasługuję na sporą uwagę już samym dość motywującym teledyskiem. Duża ilość d'n'b, house'u oraz uk garage. Moim zdaniem, każdy coś może znaleźć w tym albumie i często mi się zdarza słuchać tego albumu podczas treningu czy w drodzę na uczelnie. Ulubiony kawałek: "Baby"

3. Disclosure "Settle"

Niesamowity również brytysjki duet (na dodatek bracia Guy i Howard Lawrence), który istnieje już 3 lata na scenie, jednak dopiero nie dawno wydali właśnie ten oto album "Settle", który zawędrował bardzo wysoko w różnych rankingach (pierwsze miejsce w Wielkiej Brytanii). Najbardziej chyba znany kawałek z płyty jest "Latch", który jest bardzo przyjemny w słuchaniu na długie relaksujące wieczory. Ogólnie duża dawka deep house'u oraz prawdziwego uk garage. Ulubiony kawałek: "When The Fire Starts To Burn"

4. Daft Punk "Random Access Memories"

Tego legendarnego francuskiego duetu nie muszę nikomu zapewne przedstawiać. Wydali bardzo dużo albumów w latach poprzednich, jednak dopiero "Random Access Memories" osiągnął największy sukces w ich karierze, a wszystko dzięki singlowi "Get Lucky" z gościnnym występęm Pharella Williamsa. Ogólnie rzecz biorąc sam album to nic innego jak bardzo dobre francuskie electro i ich typowym funkowym brzmieniem, które zawszę będzie dla mnie wyjątkowe! Ulubiony kawałek: "Instant Crush"

5. Armin Van Buuren "Intense"

Myślę, że również jednego z lepszych producentów muzyki trance'owej nie muszę przedstawiać. Najnowszy album holenderskiego artysty trzyma poziom cały czas i w sumie kolejny dobry album do którego nie mogę mieć zastrzeżeń. Po pierwszym przesłuchaniu miałem trochę mieszane uczucia, lecz postanowiłem dać szansę, i cieszę się, że tak zrobiłem i nie zawiodłem się. :) Ulubiony kawałek: "Waiting for the Night"

6. Bonobo "North Borders"

Ten oto album, chyba sprawił największa dla mnie niespodziankę. Angielski producent, dj, muzyk znany ze swoich ambientowych czy downtempowych brzmień, które zapadają w pamięć (przynajmniej mi). "North Borders" ma w sobie tyle emocji i daje niesamowicie do myślenia podczas jazdy samochodem czy spacerem po nocach. Na płycie znalazło się również kilku gości jak np. znana wszystkim Erykah Badu czy Cornelia Dahlgren. Ulubiony kawałek "Cirrus"

7. Tricky "False Idols"

Jeden z prekursorów trip-hopu (zaraz obok Massive Attack) postanowił po 3-letniej przerwie wydać nowy album, który też zasługuję na sporą uwagę. Jak dla mnie dość "ciężkie", ponure momentami brzmienia które sprawiają momentami dreszcze, zwłaszcza z zimnym głosem samego artysty. Album muszę przyznać znacznie się różni od poprzedniczek i to ewidentnie słychać, jeśli ktoś interesuję się twórczością Tricky'ego. Ulubiony kawałek: "We Don't Die".

8. Depeche Mode "Delta Machine"

Nie jestem do końca pewien co do zamieszczenia tego albumu tutaj, jednakże DM również jest jeden z pierwszych zespołów związanych z elektroniką na świecie więc myślę,  że wypadałoby Go tutaj zamieścić. Dave Gahan oraz reszta tego genialnego zespołu spisała się na maksa i trzymają poziom oraz brzmią jak powinni, czyli jak Depeche Mode. Ulubiony kawałek: "Heaven".

9. Uppermost "Revolution"

Znany mi już młody, francuski, 22-letni prodcent wydał kolejny interesujący album, w którym bardziej przeszedł na lubiane bardziej przeze mnie francuskie electro. Momentami idzie usłyszeć podobieństwo do Justice czy funkowatości Daft Punk'a. Mimo to, przesłuchując ten 50-minutowy album, odniosłem pozytywne wrażenie i z chęcią do Niego wracam.  Ulubiony kawałek: "Revolution"

10. Majestic Casual chapter 1

Być może to nie jest artysta, ale warto również zwrócić na tą kompilację utworów, stworzoną przez dość znany kanał na YT "Majesticcasual", zawierających duże ilości chillstepu oraz ambientu. Dzięki temu kanałowi w sumie usłyszałem Disclosure. Płytką nadaję się na każdą okazję moim zdaniem (romantyncza kolacja, nauka czy na długie wieczorne spacery przy piwku i papierosie).